Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

Zdrowo i tanio w podróży - sprawdzone patenty

Kończący się niebawem rok był dla mnie rekordowy, jeśli chodzi o liczbę lotów. Licząc razem z jutrzejszym będzie ich 14!

Bez względu na to, jaki środek transportu wybierzemy, podróż to taki czas, gdy żywieniowe nawyki często idą w odstawkę z różnych powodów - a to się zepsuje, a to nie wolno brać, a przecież hot dogi na stacji benzynowej same się nie zjedzą, to tylko kilka godzin... Restauracje lotniskowe kuszą smakołykami i straszą ceną, ale przecież "coś" trzeba zjeść, więc zamawiamy... koniec końców nie dość, że wydaliśmy krocie, to jeszcze zjedliśmy syf. A chyba nie muszę mówić, jak może się skończyć jedzenie niepewnych potraw w podróży - nikt nie lubi mieć problemów żołądkowych i to nie tylko, gdy pędzimy z miejsca A do B!

Częste podróże sprawiły, że opracowałam kilka niezawodnych patentów na to, jak bezproblemowo, tanio i zdrowo jeść w podróży. Przedstawiam je poniżej, przy okazji obalając kilka lotniskowych mitów.

Zasada nr 1 - nie jedz w restauracjach na lotnisku! 

Niewinnie wyglądająca kanapka o przeciętnym smaku może Cię kosztować nawet 20 złotych (!). Nie jestem chorobliwie oszczędna, ale 20 złotych za kanapkę to robienie ludzi w balona. Dzięki zabraniu własnego jedzenia nie uszczuplisz portfela i nie zatrujesz się wątpliwej jakości jedzeniem. I nie wsuniesz niczego niezdrowego, co zapewne będzie Cię kusić ;) Nie wiem, skąd wziął się mit o tym, że do samolotu nie można zabierać własnego jedzenia. Oczywiście, że można! Spokojnie przejdziesz każdą kontrolę i nikt Cię nie będzie strofował za jedzenie na pokładzie. Ważne tylko, by nie brać płynów - na opakowaniu pojemność musi być opisana w gramach, a nie w mililitrach. Wracając z jednej podróży chciałam zabrać olej kokosowy, który był w stanie stałym, ale na opakowaniu miał "ml", w związku z czym ochrona mi go zabrała... A skoro już przy tym jesteśmy, to nie przewoź z Francji żadnych serów w bagażu podręcznym, bo niestety, ale konfiskują je za każdym razem. 


Zasada nr 2 - weź pustą butelkę do bagażu podręcznego! 

To fakt, podczas kontroli nie możesz mieć przy sobie płynów w opakowaniach większych niż 100ml, a wszystkie muszą się mieścić w torebce o pojemności 1 litra, ale nikt nie mówił o przewożeniu pustych opakowań... :) Po przejściu wymaganych kontroli zamiast wydawać 6 zł (Okęcie) za malutką buteleczkę wody 0,33l, poszukaj dystrybutora wody, które są instalowane często i gęsto na większości lotnisk (lub kranówą, jeśli się jej nie boisz i jeśli nie śmierdzi chlorem - ja w cywilizowanych krajach się nie boję). Napełnij butelkę, dobrze zakręć i nawadniaj się przez całą podróż - latanie bardzo wysusza skórę, więc woda jest niezbędna (podróżny krem do twarzy też nie jest głupim pomysłem)! 


Zasada nr 3 - wybierz szczelne opakowania! 

Szczelne opakowania zapewnią Ci wewnętrzny spokój i ustrzeże od nieustannego sprawdzania, czy zawartość pudełek nie rozpływa się po całym bagażu. Nie musisz mieć drogich lunchboxów od Joseph Joseph, hpba, bento et cetera (ale jeśli masz, to fajnie Ci!), u mnie najlepiej sprawdzają się silikonowe lunchboxy od Jana Niezbędnego, które nie przeciekają, a po zjedzeniu można je złożyć, dzięki czemu zajmują mniej miejsca, a to w podróży jest bardzo istotne. Często wykorzystuję również puste opakowania po jogurtach ze szczelną plastikową pokrywką (na przykład takie).

Zasada nr 4 - im bardziej "stałe" przekąski, tym lepiej! 

Nie zabieraj ze sobą koktajli ani sałatek z wodnistym sosem, bo jeśli zasada 3 zawiedzie, to wszystkie twoje manatki podróżne będą tonąć w sosie winegret z sałatki lub szpinakowym koktajlu...nie mówiąc już o tym, że będzie od Ciebie bił aromat, który nie będzie zbyt przyjemny ani dla Ciebie, ani dla innych. Inny aspekt przemawiający za stałymi potrawami to ten, że kontrola lotniskowa może Cię nie przepuścić z potrawą, jeśli będzie zupełnie płynna.

Zasada nr 5 - zakaz wejścia na pokład mają ryby, cebula, czosnek i kiełbasa!

Ryby są przewspaniałe, ale nie w podróży.Dla postronnych ich zapach jest po prostu obrzydliwy. Kiełbasy i kupne szynki nie są przewspaniałe, więc tym bardziej ich nie zabierajmy. Przygotujmy sobie coś o ładnym zapachu - lepiej, żeby współpasażerowi dobrze zapachniały owsiane babeczki cynamonowe, a nie zaśmierdziała krakowska. Na zdjęciu po prawej są dwie potrawy (sałatka z komosy ryżowej po lewej, kurczak z brokułami po prawej) - która z nich jest lepsza? Ta po lewej! Nie bierzmy brokułów, które innym będą po prostu... śmierdzieć. :)


Zasada nr 6 - przygotuj dania, które są smaczne na zimno. 

Chociaż lotniska coraz częściej oferują możliwość podgrzania, nie nastawiaj się na to. Wybierz te przekąski, które dobrze smakują na zimno!

Zasada nr 7 - spakuj plastikowe sztućce. 

Te metalowe mogą się nie spodobać kontrolerom, a poza tym są ciężkie. Plastikowe są lekkie, poręczne, a po jedzeniu można je umyć i wykorzystać przy następnej podróży. Przy okazji spakuj chusteczki.



Dobra, to co wolno, jak nic nie wolno? Najlepiej sprawdzają się dania "na słodko" - ładnie pachną, a do tego powstrzymują przed kupnem pysznych croissantów, ciasteczek i innych muffinek. Moje ulubione to zdecydowanie babeczki i omlety (bez polew)- mają stałą konsystencję i łatwo je transportować. Parę propozycji na słono też się znajdzie! Poniżej kilka przepisów z Widelca, które świetnie sprawdzą się w podróży.

Szybki placek dyniowy (polewę spakuj oddzielnie do małego szczelnego pojemniczka)
Komosa ryżowa z czerwoną fasolą i fetą (zamień cebulę na inne warzywo)
Jabłka
Zdrowe batony


Mam nadzieję, że ten krótki poradnik się Wam przyda. Tymczasem idę pakować dyniowe babeczki upieczone na jutrzejszy lot :) 

Jeśli znacie inne sprawdzone patenty na jedzenie w podróży, napiszcie o nich w komentarzu!


Życzę miłych i smacznych podróży!

7 przydatnych produktów, które zawsze trzymam w zamrażarce

Podobno najchętniej czytamy te artykuły, które zaczynają się od liczby. Dzisiaj wpiszę się w tę tendencję i opowiem o kilku produktach, które trzymam w zamrażarce. Dzięki temu są zawsze na wyciągnięcie ręki, co przyspiesza i ubarwia przygotowanie zdrowych posiłków. Zachęcam serdecznie do ich wypróbowania :)


1. Dobry chleb

Dobry, czyli pełnoziarnisty, żytni (a na pewno nie biały). Nie jemy zbyt wiele chleba - stawiamy na kasze i inne złożone węglowodany. Ale czasem danie aż się prosi o miękki, pachnący chlebek z kruchą skórką. Zamiast kupować bochenki i wyrzucać je w połowie zjedzone i zczerstwiałe, od razu po kupnie kroję chleb w kromki i mrożę. Kilka minut w piekarniku i mamy cudowny chlebek, który wraca dokładnie do stanu sprzed mrożenia :)


2. Banany

Banana obieram ze skóry, kroję w plasterki i zamrażam w woreczku. W ten sposób zawsze mogę szybko zrobić tzw. lody, takie, jak w tym przepisie. Dodatek mrożonych bananów każdemu koktajlowi nada odpowiedniej tekstury i puszystości.
W sezonie mrożę też inne owoce - truskawki, jagody etc. Korzystam również z gotowych mieszanek mrożonych owoców dostępnych w sklepach.


3. Skórki jabłka

Gdy przyrządzam coś z jabłek i przepis wymaga ich obrania, zbieram obierki i mrożę w woreczku. Dodaję je, podobnie jak banany, do koktajli. To świetny patent, by nie marnować wartości odżywczych zawartych w skórce i nie wyrzucać jedzenia.


4. Warzywa



To w sumie nic szczególnego, bo tzw. "mrożonki" są wykorzystywane przez większość z Nas każdego dnia. Jednak to, co jest w tym przypadku istotne, to skład warzyw. Weźmy za przykład szpinak - akurat dziś go kupowałam, ale zanim wybrałam odpowiednią paczkę, natknęłam się na mnóstwo wersji - krojony drobno z creme fraiche (sosie śmietanowym), z dodatkiem fety czy sosu beszamelowego. Chyba nie muszę tłumaczyć, że tych szalonych wersji należy się wystrzegać - nie dość, że mają w sobie więcej chemii i niepożądanych dodatków, ale i mogą zrujnować nasze danie (chyba nikt nie chciałby spróbować ciasta szpinakowego na słodko z sosem beszamelowym, sam szpinak w cieście dostarcza wystarczająco dużo kontrowersji ;)


5. Puree z dyni


Tak jak podkreślałam przy przepisie na dyniową owsiankę, dynia musi być! Mus z dyni idealnie nadaje się do zrobienia błyskawicznej dyniowej zupy, ciasta, koktajlu lub, no właśnie - owsianki.  
Aby zrobić taki mus, wystarczy obrać (chyba, że to hokkaido), umyć i pokroić dynię, piec przez godzinę w 180 stopniach, ostudzić i zmiksować.


6. Porcjowane mięso

Po wizycie u rzeźnika mięso dzielę na porcje po 400g - to dla nas idealnie porcja dla 2 osób na 1 dzień - i mrożę. Rano, gdy wiem, że będę gotować mięso, wyjmuję je do lodówki lub na blat kuchni, gdzie spokojnie odmarza. I już nie muszę się martwić ani o to, czy mam za dużo, czy za mało mięska, ani o to, czy aby nie za długo przeleżało w lodówce i nie nadaje się już do spożycia.


7. Posiekane zioła: natka pietruszki / bazylia / kolendra

Co jakiś czas kupuję na targu zioła, siekam je i przechowuję w woreczkach. Po wyjęciu od razu można dodać je do zup, sosów i innych postaci dań.
Jeśli najczęściej używamy ziół do robienia zup, najlepszym sposobem jest wykorzystanie foremek do lodu, tj. wypełnienie ich danymi ziołami, zalanie wodą lub bardzo gęstym bulionem i zamrożenie. Wtedy otrzymamy domowej roboty "kostki rosołowe".


Mrożenie przyczynia się nie tylko do większej oszczędności jedzenia i zapobieganiu wyrzucaniu go, ale i pomaga trzymać się ścieżki zdrowego jedzenia. I tego nam wszystkim życzę :)

Mealprep - wstęp do cyklu

Dzisiejszym wpisem rozpoczynam cykl dotyczący planowania i przygotowywania posiłków.

Enigmatyczne słowo mealprep oznacza proces przygotowania posiłków na diecie i jest często spotykane w angielskojęzycznych artykułach na ten temat (w polskich zresztą również coraz częściej). Jako że jest krótkie i dobrze obrazuje problem, z którym styka się niemal każdy, kto podejmuje się porządnej zmiany swojego sposobu żywienia, będzie nam nieodłącznie towarzyszyło przez te kilka wpisów.

Bo niechaj pierwszy rzuci kamieniem ten, kto będąc na nowej ścieżce żywienia nigdy nie borykał się z problemem takiego zaplanowania jadłospisu, by miał on ręce i nogi (czyli pożądane marko), by nie spędzać w kuchni każdego dnia wieków, by nie pójść z torbami. Inaczej - by nie zwariować. To, co jemy, jest ważne, ale nie może przesłaniać całego życia*. Jak to powiedział kiedyś ktoś mądry, jedzenie to tylko paliwo - smaczne, ale paliwo. Wychodząc z tego założenia można przecież jeść codziennie to samo (tzw. "plankton"), ale wszyscy wiemy, że nie o to tu chodzi. Jak więc znaleźć równowagę pomiędzy przygotowaniem posiłków a smakiem, normalnym życiem i funkcjonowaniem Gdzie jest równowaga?

Definicja zdrowego rozsądku, czyli zdrowie potrzebne jak sukces

"Te ćwiczenia i zdrowe jedzenie to fajne są, bardzo fajne, ale trzeba zachować zdrowy rozsądek! Więc zjedz tego schabowego, a na deser są bezy... to idziemy jutro na piwo lub siedem? Poćwiczysz pojutrze!"

Ile razy ja to słyszałam, a w ilu wersjach!

Zdrowy rozsądek to ciężki termin. Na to hasło reaguję tak samo, jak na artykuły wychwalające zdrowotne właściwości czekolady. Oczywiście, że ma magnez i wspomaga metabolizm, ale niech nikt nie oczekuje, że po zjedzeniu całej tabliczki zacznie chudnąć! Działa tu mechanizm "daj kurze grzędę". Jedna osoba zje kawałek gorzkiej czekolady dobrej jakości i będzie cieszyć się jej smakiem i wspomnianymi korzyściami, a druga rzuci się na czekoladowe ciastka, uznając artykuł za rozgrzeszenie. Tak samo jest ze zdrowym rozsądkiem w kontekście aktywnego stylu życia.

Dla jednej osoby zachowanie zdrowego rozsądku będzie oznaczać zdrowe odżywianie na co dzień, regularną aktywność fizyczną i jedno wyjście w tygodniu na dobre jedzenie i drinka, a dla innego codzienne wieczorne piwko i żarcie średniej jakości łapane w pośpiechu okraszone jakimś treningiem lub dwoma w tygodniu, na którym rzekomo "wszystko to się spala". Inny będzie głodował przez cały dzień po to, by wieczorem obżerać się bez pamięci, a o treningu przypomni sobie rano, zrobi 15 minut zestawu "na brzuch" i uzna sprawę za załatwioną. A dla mojej babci (i nie tylko mojej) zdrowy rozsądek to 3-daniowy obiad zakończony ciastem (zresztą, rozpoczęty również ciastem). Dla każdego te słowa będą brzmieć nieco inaczej. 

Cheat czy nie cheat, czyli nowe menu Salad Story

Jakiś czas temu popularna sieć restauracji Salad Story wprowadziła nowe, rozszerzone menu.
Będąc na mieście chętnie posiłkowałam się ich sałatkami, szczególnie, gdy miałam ochotę na moją ukochaną cobb. Przyszedł jednak taki dzień, gdy sprawdziłam na stronie SS, jakie wartości reprezentuje sobą rzeczona sałatka cobb i przerażona nigdy więcej już jej nie zjadłam (900 kcal razem z sosem i pieczywem) - bo po co iść na cobba i wmawiać sobie, że to dietetyczny posiłek, skoro "za te same wartości" (a może i lepsze, bo w końcu więcej białka) można skoczyć na burgera?! Jedyne, co człowieka przed tym powstrzymuje, to fakt, że sałatka na pewno jest zdrowsza. Ale bądźmy szczerzy - tzw. cheat meal'e rządzą się swoimi prawami i ze zdrowiem rzadko kiedy mają cokolwiek wspólnego.

Wracając do wartości odżywczych...
Od tamtej pory do SS nie zawitałam, bo nie miałam po co, a sałatki robię sobie sama. Jednak od czasu do czasu nachodzi mnie ochota na zjedzenie czegoś na mieście; zdarza się, że na gotowanie zwyczajnie nie ma czasu, a wtedy przydałoby się mieć gdzie zjeść. SS wydawałoby się przecież idealnym miejscem, gdzie osoba "trzymająca miskę" (strasznie mnie bawi to określenie!) mogłaby się posilić...!

Dobra, to jak tu wejść do Salad Story i nie oszukiwać siebie ani swojej "dietetycznej" świadomości?

Wielkanoc: challenge accepted (?)

Najważniejsze dni roku w chrześcijańskim obrządku zbliżają się wielkimi krokami. Jak przed każdymi świętami, powoli jesteśmy zasypywani receptami na "przetrwanie świąt"...

Muszę przyznać otwarcie, że ogromnie przeszkadza mi w tym kontekście użycie słowa "przetrwanie", które budzi negatywne skojarzenia, a przecież Wielkanoc to jeden z najfajniejszych okresów w roku. To czas, gdy odpoczywamy choć troszkę od codziennych trosk, spotykamy się z rodziną, odwiedzamy znajomych i (naturalnie) jemy mnóstwo pyszności!



Z autopsji wiem, jak cienka jest granica między "nałóż mi połowę porcji" a "ale się obżarłam tymi pięcioma kawałkami". Umiar to klucz do sukcesu - przeczytałam w jednym z artykułów o podobnej tematyce. Ekstra, tylko gdyby to było takie proste, to nie płakalibyśmy po każdych świętach z powodu dodatkowych kilogramów i przejedzenia.

Te "żywieniowe" święta nierzadko zaczynają się już we czwartek. Jako dziecko przyjeżdżałam tego dnia do babci, która zasypywała mnie wszystkimi dobrociami z kuchni, a czasem częstowała i tym, co było przewidziane na niedzielne i poniedziałkowe uczty (bierz, mama nie widzi...). Jeśli i Wy jesteście w takiej sytuacji, to polecam Wam przeznaczyć dni Triduum Paschalnego (czyli czwartek, piątek i sobotę) na mały przedświąteczny detoks. Ustalmy sobie wcześniej, co zjemy i najlepiej przygotujmy to wcześniej - tak, żebyśmy byli niejako "zmuszeni" do podążenia planem i odrzucania propozycji przedświątecznego obżerania się. Odstawiamy mięso, alkohol, tytoń, mąkę, biały ryż, pieczywo, suszone owoce.

Rozstania i powroty żywieniowo-treningowe

Mam nadzieję, że wszyscy spędziliście niedzielę miło i aktywnie!

Do niniejszego wpisu zabieram się już dokładnie 6 dni. Tak jak niegdyś w szkole, zamierzam usprawiedliwić swoją nieobecność i tak jak w szkole, nie zawsze jest ona zupełnie "legalna"...

Pierwszy tydzień spędziłam w domu, ale w towarzystwie kogoś, kogo na co dzień niestety nie mam. Żywienie na szóstkę (mój Gość specjalny na szczęście stosuje analogiczne żywieniowe reguły, tak już się dobraliśmy), treningów brak.

Drugi tydzień spędziłam na desce w słonecznej Italii. I choć przy okazji snowboardu na pewno coś się spala, to konsekwentnie nadrabiałam to bombardino, czekoladą, pizzą i (jak to na studenckich wyjazdach) okazjonalnym alkoholem.

Trzeci tydzień spędziłam również za granicą, tym razem będąc gościem u mojego Gościa. Tu z kolei były treningi, natomiast żywienie było fantastyczne tylko do połowy dnia - od obiadu zaczynało się podjadanie wafelków przy kawie, a wieczorem wkraczała sangria.

Czwarty tydzień spędziłam na walce ze sobą i wszechświatem, który nie ułatwiał mi powrotu do starego, dobrego fitnessowego życia. Stopniowo eliminowałam złe nawyki nabrane w ciągu poprzednich trzech tygodni, wprowadzając nowy plan żywieniowy i wracając na siłownię.

I tak minęły ostatnie cztery tygodnie.

Musiałam zmierzyć się z czymś, co jest nieuniknione przy dłuższej przerwie od normalnego trybu funkcjonowania, a mianowicie z powrotem do dobrych nawyków, niepodjadania, systematycznych posiłków, braku wszelkich słodkości, dużych porcji, restauracji, alkoholu... Wierzę, że niejeden z Was przeżył to samo. A ile to razy poddawaliśmy się, traciliśmy motywację, coś wytrącało nas z równowagi, zapominaliśmy się i rzucaliśmy to wszystko w cholerę - niejednokrotnie na dłużej niż zimowe ferie.

Nie chciałam pisać nowego posta bez świadomości, że jestem z powrotem na dobrej drodze. Czułabym się hipokrytką pisząc na W&H i nie stosując się do własnych zasad. Stąd dzisiaj, po dwóch pełnych dniach w stu procentach "idealnych" melduję: wróciłam!

Jestem orędowniczką eliminacji wymówek i poszukiwania konkretnych rozwiązań. Nade wszystko jednak cenię sobie uczenie się na błędach, a o ile na tych cudzych uczy się zdecydowanie przyjemniej, o tyle na własnych znacznie skuteczniej. Poniższe przemyślenia są owocem drugiego z wymienionych sposobów. Dzięki temu Wy będziecie mogli zastosować pierwszy. ;)

Ile kosztuje latte? O prawdziwej cenie kawy



- Dzień dobry, co będzie dla Pani?
- Dzień dobry, poproszę cappuccino.
- Z jakim syropem?
- Malinowym... a może macie Amaretto? Hmm...
- Mamy w ofercie też Chai Latte, może spróbuje Pani?
- Chętnie.
- Wspaniale, jaki rozmiar?
- Duża.
- Czy coś słodkiego do tego?
- Nie, dziękuję, kawa wystarczy...
- Mamy nowe ciasta, dopiero co przyjechały, a tu jeszcze robione przez nas biszkoptowe kawałki z bezą, przepyszne!
- No dobrze, to może ten biszkopt. Ile płacę?
- 800 kalorii. Gotówką czy kartą?


Że jak?! Że ILE?!

A za co taka cena?

Za rozmowę z dawno niewidzianą przyjaciółką, za godzinę odprężenia po ciężkim dniu, a może w trakcie pracy? W ramach nagrody? Za zatopienie smutków, rozgrzanie się po zimowym spacerze albo po prostu za chwilową zachciankę?

Warto?

Kawiarnie to wspaniałe miejsca, szczególnie w takie zimne dni. Spełniają szereg funkcji - od towarzyskich po miejsce pracy (i nie mam na myśli baristów, a np. freelancerów czy studentów). Oczywiście, część z nas ma w domu ekspresy do kawy, ale umówmy się - nie ma to jak dobra kawa w kawiarni. Tu płacimy dodatkowo za tzw. experience, czyli za przebywanie w lokalu, sam fakt bycia w kawiarni, poza domem i delektowanie się kawą przy porannej prasie, po pracy lub wieczornych ploteczkach.


Nie od dziś wiadomo, że kalorii dostarczamy sobie w dużej ilości poprzez napoje - słodkie, gazowane, słodzone bez umiaru i napakowane świństwami. O energii i wartościach odżywczych myślimy zazwyczaj w kategoriach jedzenia, a nie płynów. Okazuje się jednak, że to właśnie te płyny są w znacznej mierze odpowiedzialne za otyłość i problemy z panowaniem nad wagą.

Zdrowy tryb życia nie powinien oznaczać rezygnacji z tego, co sprawia nam przyjemność. W końcu to nasze życie, trzeba korzystać! Ale czy z automatu oznacza to, że mamy wybierać to, co jest dla nas złe? Chyba nie. Czy niewinna wizyta w kawiarni może zaważyć na naszej diecie? Owszem, tak. Czas na naukę podejmowania świadomych wyborów... w kawiarni.

Przyjrzyjmy się zagadnieniu z bliska i złapmy ogólny obraz sytuacji, który przedstawia poniższa inforgrafika.

(Uwielbiam infografiki... Ach!)



Wynika z niej jasno, że spośród ofert kawiarni około połowa dostępnych typów produktów mieści się w dolnej części tabeli, czyli ma poniżej 150 kalorii. Są to produkty zawierające samą kawę, czyli espresso, americano, herbaty, kawy mrożone (sama kawa!) oraz małe napoje kawowe, czyli latte, chai latte, mocha etc. oraz większe napoje kawowe z chudym mlekiem. Zauważmy, że te napoje są bez dodatków - bitej śmietany, syropów i cukru oraz bez pełnotłustego mleka (ewentualnie małe porcje).

Większe pojemności to oczywiście więcej kalorii, ale nie to najbardziej podbija liczbę kcal. Im wyżej patrzymy, tym więcej w napojach wspomnianych w poprzednim akapicie słodkich i tłustych dodatków. Duża orzechowa mocha z bitą śmietaną jest "warta" 600 kcal, czyli tyle, co sporej wielkości... obiad. Lub Big Mac. To więcej, niż tabliczka czekolady. Calutka.

A kto nie wierzy, niech sam sprawdzi tabele wartości odżywczych w największych sieciach kawiarni w Polsce:

Starbucks (jedzenie)





Okej okej, ale czy to oznacza, że kawa zupełnie powinna pójść w odstawkę?

Dla naszego dobra - oczywiście, że to najlepsza opcja. Kofeina może i pobudza przed treningiem, ale potrafi uzależnić. Główny zarzut dietetyczny to odwadnianie (ponoć dyskusyjne, ale to nie H2O, więc pamiętajmy o szklance wody po kawusi). No i to morze kalorii w dodatkach...

Ale bądźmy realistami. Uwielbiamy kawę, większość ten napój budzi co dnia. Osobiście nie byłabym w stanie z niej zrezygnować. Nie obędę się również bez mleka (nie należę do prawdziwych smakoszy tego trunku, żeby pić ją saute - z wyjątkiem zbożowej). Umówmy się - dla zwykłych śmiertelników, którzy nie znają się na dripach, chemexach i innych dziwnych słowach, które ostatnio w świecie picia kawy stały się niebywale modne (żeby nie powiedzieć hipsterskie), kawa bez mleka jest słaba.

Pójdźmy więc na kompromis i ustalmy, czego nie chcemy w naszej kawie. Główni winowajcy nabijania niepotrzebnych kalorii to:

- syropy
- bita śmietana
- tłuste mleko
- ciasteczko przy kawie, o którym często nawet się nie dowiemy przy zamawianiu, a skoro już jest na talerzyku, to je zjemy
- ciasteczko, które zamawiamy świadomie
- cukier i inne dodatki, które nakładamy sami, wcześniej nawet nie sprawdzając, czy są potrzebne

Okej, czyli co dokładnie wybrać?

- wersje napojów kawowych bez cukru (notorycznie zamawiam frappe bez cukru, który byłby dosypany przez baristę przed zblendowaniem)
- wersje bez syropów (na pewno? A może...) NIE, absolutnie bez syropów, dziękuję pięknie; syropy bez kalorii są dostępne w niektórych kawiarniach, ale je też odradzam, bo to sama chemia...
- wersje bez bitej śmietany
wersje kaw z chudszym mlekiem lub bez (nie sojowym, to nam nic nie daje oprócz braku laktozy)
- małe lub średnie pojemności zamiast dużych
- dodatkowy shot espresso nie szkodzi, szczególnie przed treningiem, a zmniejsza ilość miejsca na mleko - to całkiem niezły pomysł, gdy naprawdę potrzebujemy kopa energii.


Bariści są szkoleni z tego, jak namówić nas na większą kaloryczność zamówienia, bo to przekłada się na wyższy rachunek. To zawodnicy wagi ciężkiej, a zmierzenie się z nimi nie raz zakończyło się moją sromotną porażką. Od dłuższego czasu wychodzę z tych starć obronną ręką :) Jak się im nie dać? Ćwiczyć asertywność. I chociażby nie brać zestawów. Zestaw niech kojarzy się nam z McZestawem w McSronaldzie albo innym świństwem... Zestaw oznacza dodatkowe 300-400 pustych i bezwartościowych kalorii. Jeśli barista zdziwi się, że nie chcesz cukru w swojej kawie i będzie sugerował, że zmieni to smak kawy (i najwyraźniej świat się od tego zawali), powiedz, że dosłodzisz sobie sam - w końcu w większości kawiarni przy pokrywkach do kubków na wynos stoi miód. To Ty będziesz decydować, ile dosładzasz - nie barista.

Jeśli barista oferuje dodatki, grzecznie odpowiedz, że dziękujesz, nie potrzebujesz. Zapewne zostaniesz zapytany, czy aby na pewno, a może jednak, lub w inny sposób zachęcony do dalszego myślenia nad decyzją. Ty starasz się wcielić w życie swój plan, a barista działa przeciwko Tobie (cóż, taka jego praca), licząc na to, że zamówisz więcej. Life is brutal! Pamiętacie Milionerów? Czy to Pana/Pani ostateczna odpowiedź? Zasianie wątpliwości powoduje, że weryfikujesz swój wybór. A może by się poddać i domówić tę bezę, która tak woła do Ciebie zza lady? No dobra, nie, ale to w takim razie chociaż syrop? Malutkie ciasteczko? Cokolwiek?

Wtedy pomyśl o prawdziwym rachunku, który musisz uregulować i zastanów się, czy warto. Odpowiedź należy do Ciebie - w końcu ty płacisz. Ja wolę zapłacić świadomie za cheat meala, zamiast nieświadomie wpychać w siebie kalorie i dziwić się, że dieta nie przynosi efektów.

Sama często mam obawy, czy się nie poddam. Wtedy szybko ucinam dylematy - nie, dziękuję, ile płacę? Odbijając piłeczkę zmuszamy baristę do przejścia do następnego etapu obsługi klienta.

Świadome wybory to klucz do zdrowego życia. Nie dajmy się zmanipulować. Wybierajmy to, na co faktycznie nas stać. Nie wiem, jak Was, ale mnie nie stać na wizytę w kawiarni za 800 kalorii.

- Dzień dobry, co będzie dla Pani?
- Dzień dobry, poproszę średnie cappuccino.
- Z jakim syropem?
- Bez, dziękuję. Aha, z odtłuszczonym mlekiem poproszę.
- Och, dlaczego bez syropu? Mamy w ofercie też Chai Latte, może spróbuje Pani?
- Nie, dziękuję.
- Czy coś słodkiego do tego?
- Nie dziękuję. Ile płacę?
- 60 kalorii.

A, tyle to zapłacę.

Ułatw sobie zakupy, gotowanie i dietę, czyli słów kilka o aplikacji Listonic


Wygodna lista zakupów ListonicByć może zastanawialiście się, dlaczego przy przepisach umieszczanych na W&H pojawia się mały przycisk z napisem "zapisz w Listonic". Jest to odnośnik do platformy Listonic, która pozwala na tworzenie list zakupowych. Ich darmowa aplikacja na telefony od dwóch miesięcy codziennie ułatwia mi zakupy.

Kolejna aplikacja... tak, istnieje teoria, według której każda życiowa czynność ma swój odpowiednik w formie apki.  Ta akurat jest o tyle fajna, że jedno kliknięcie przy przepisie wysyła listę zakupową prosto na Wasz telefon.


Nie ma zapisywania na kartkach.
Nie ma zapominalstwa.
Nie ma wymówek!

A stan braku wymówek to stan, który trzeba pielęgnować i chronić! To stan, który umożliwia działanie bez przeszkód. I gotowanie bez nieprzyjemnych niespodzianek w postaci braku składników i dodatkowych wycieczek do sklepu o różnych dziwnych porach.

Kupowanie według określonej listy ma także inną zaletę - zmniejsza prawdopodobieństwo zakupu słodyczy, słonych przekąsek i innych niezdrowych produktów, których nie powinniśmy wkładać do koszyka. Trzymając się listy jest nam łatwiej ich unikać, a przez to trzymać określoną dietę.