Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W&H. Pokaż wszystkie posty

Zdrowo i tanio w podróży - sprawdzone patenty

Kończący się niebawem rok był dla mnie rekordowy, jeśli chodzi o liczbę lotów. Licząc razem z jutrzejszym będzie ich 14!

Bez względu na to, jaki środek transportu wybierzemy, podróż to taki czas, gdy żywieniowe nawyki często idą w odstawkę z różnych powodów - a to się zepsuje, a to nie wolno brać, a przecież hot dogi na stacji benzynowej same się nie zjedzą, to tylko kilka godzin... Restauracje lotniskowe kuszą smakołykami i straszą ceną, ale przecież "coś" trzeba zjeść, więc zamawiamy... koniec końców nie dość, że wydaliśmy krocie, to jeszcze zjedliśmy syf. A chyba nie muszę mówić, jak może się skończyć jedzenie niepewnych potraw w podróży - nikt nie lubi mieć problemów żołądkowych i to nie tylko, gdy pędzimy z miejsca A do B!

Częste podróże sprawiły, że opracowałam kilka niezawodnych patentów na to, jak bezproblemowo, tanio i zdrowo jeść w podróży. Przedstawiam je poniżej, przy okazji obalając kilka lotniskowych mitów.

Zasada nr 1 - nie jedz w restauracjach na lotnisku! 

Niewinnie wyglądająca kanapka o przeciętnym smaku może Cię kosztować nawet 20 złotych (!). Nie jestem chorobliwie oszczędna, ale 20 złotych za kanapkę to robienie ludzi w balona. Dzięki zabraniu własnego jedzenia nie uszczuplisz portfela i nie zatrujesz się wątpliwej jakości jedzeniem. I nie wsuniesz niczego niezdrowego, co zapewne będzie Cię kusić ;) Nie wiem, skąd wziął się mit o tym, że do samolotu nie można zabierać własnego jedzenia. Oczywiście, że można! Spokojnie przejdziesz każdą kontrolę i nikt Cię nie będzie strofował za jedzenie na pokładzie. Ważne tylko, by nie brać płynów - na opakowaniu pojemność musi być opisana w gramach, a nie w mililitrach. Wracając z jednej podróży chciałam zabrać olej kokosowy, który był w stanie stałym, ale na opakowaniu miał "ml", w związku z czym ochrona mi go zabrała... A skoro już przy tym jesteśmy, to nie przewoź z Francji żadnych serów w bagażu podręcznym, bo niestety, ale konfiskują je za każdym razem. 


Zasada nr 2 - weź pustą butelkę do bagażu podręcznego! 

To fakt, podczas kontroli nie możesz mieć przy sobie płynów w opakowaniach większych niż 100ml, a wszystkie muszą się mieścić w torebce o pojemności 1 litra, ale nikt nie mówił o przewożeniu pustych opakowań... :) Po przejściu wymaganych kontroli zamiast wydawać 6 zł (Okęcie) za malutką buteleczkę wody 0,33l, poszukaj dystrybutora wody, które są instalowane często i gęsto na większości lotnisk (lub kranówą, jeśli się jej nie boisz i jeśli nie śmierdzi chlorem - ja w cywilizowanych krajach się nie boję). Napełnij butelkę, dobrze zakręć i nawadniaj się przez całą podróż - latanie bardzo wysusza skórę, więc woda jest niezbędna (podróżny krem do twarzy też nie jest głupim pomysłem)! 


Zasada nr 3 - wybierz szczelne opakowania! 

Szczelne opakowania zapewnią Ci wewnętrzny spokój i ustrzeże od nieustannego sprawdzania, czy zawartość pudełek nie rozpływa się po całym bagażu. Nie musisz mieć drogich lunchboxów od Joseph Joseph, hpba, bento et cetera (ale jeśli masz, to fajnie Ci!), u mnie najlepiej sprawdzają się silikonowe lunchboxy od Jana Niezbędnego, które nie przeciekają, a po zjedzeniu można je złożyć, dzięki czemu zajmują mniej miejsca, a to w podróży jest bardzo istotne. Często wykorzystuję również puste opakowania po jogurtach ze szczelną plastikową pokrywką (na przykład takie).

Zasada nr 4 - im bardziej "stałe" przekąski, tym lepiej! 

Nie zabieraj ze sobą koktajli ani sałatek z wodnistym sosem, bo jeśli zasada 3 zawiedzie, to wszystkie twoje manatki podróżne będą tonąć w sosie winegret z sałatki lub szpinakowym koktajlu...nie mówiąc już o tym, że będzie od Ciebie bił aromat, który nie będzie zbyt przyjemny ani dla Ciebie, ani dla innych. Inny aspekt przemawiający za stałymi potrawami to ten, że kontrola lotniskowa może Cię nie przepuścić z potrawą, jeśli będzie zupełnie płynna.

Zasada nr 5 - zakaz wejścia na pokład mają ryby, cebula, czosnek i kiełbasa!

Ryby są przewspaniałe, ale nie w podróży.Dla postronnych ich zapach jest po prostu obrzydliwy. Kiełbasy i kupne szynki nie są przewspaniałe, więc tym bardziej ich nie zabierajmy. Przygotujmy sobie coś o ładnym zapachu - lepiej, żeby współpasażerowi dobrze zapachniały owsiane babeczki cynamonowe, a nie zaśmierdziała krakowska. Na zdjęciu po prawej są dwie potrawy (sałatka z komosy ryżowej po lewej, kurczak z brokułami po prawej) - która z nich jest lepsza? Ta po lewej! Nie bierzmy brokułów, które innym będą po prostu... śmierdzieć. :)


Zasada nr 6 - przygotuj dania, które są smaczne na zimno. 

Chociaż lotniska coraz częściej oferują możliwość podgrzania, nie nastawiaj się na to. Wybierz te przekąski, które dobrze smakują na zimno!

Zasada nr 7 - spakuj plastikowe sztućce. 

Te metalowe mogą się nie spodobać kontrolerom, a poza tym są ciężkie. Plastikowe są lekkie, poręczne, a po jedzeniu można je umyć i wykorzystać przy następnej podróży. Przy okazji spakuj chusteczki.



Dobra, to co wolno, jak nic nie wolno? Najlepiej sprawdzają się dania "na słodko" - ładnie pachną, a do tego powstrzymują przed kupnem pysznych croissantów, ciasteczek i innych muffinek. Moje ulubione to zdecydowanie babeczki i omlety (bez polew)- mają stałą konsystencję i łatwo je transportować. Parę propozycji na słono też się znajdzie! Poniżej kilka przepisów z Widelca, które świetnie sprawdzą się w podróży.

Szybki placek dyniowy (polewę spakuj oddzielnie do małego szczelnego pojemniczka)
Komosa ryżowa z czerwoną fasolą i fetą (zamień cebulę na inne warzywo)
Jabłka
Zdrowe batony


Mam nadzieję, że ten krótki poradnik się Wam przyda. Tymczasem idę pakować dyniowe babeczki upieczone na jutrzejszy lot :) 

Jeśli znacie inne sprawdzone patenty na jedzenie w podróży, napiszcie o nich w komentarzu!


Życzę miłych i smacznych podróży!

Komosa ryżowa z czerwoną fasolą i fetą



Quinoa brzmi co najmniej jak wyspa na Pacyfiku albo dawno wymarły ród Majów. Jakiś czas temu zauważyłam, że w sprawach kulinarnych (oprócz kręgów vegan-paleo-glutenfree-lowcarb-niewiemcojeszcze) dziwna nazwa bardziej odpycha niż przyciąga, w związku z czym zostałam zwolenniczką upraszczania sobie życia. Swojsko brzmiąca komosa już nie jest taka straszna :)

Komosa ryżowa w połączeniu z warzywami idealnie nadaje się do wzięcia na wynos - nie ma rzadkiego sosu, więc nic nam nie wycieknie, a do tego im bardziej będziemy trząść torebką lub plecakiem, tym lepiej się przemiesza ;) Danie robi się tak długo, jak gotuje się komosa, czyli około 20 minut. W międzyczasie wystarczy przepłukać fasolę i pokroić resztę warzyw oraz fetę, a na koniec całość wymieszać i skropić cytryną. Szybka, sycąca, lekko orzechowa w smaku i do tego bardzo zdrowa propozycja w sam raz na lunch.

Komosa ryżowa z czerwoną fasolą i fetą
Porcje: 2
366 kcal
BWT 18/57/8
Czas przygotowania: 20 minut

Składniki:
  • 50g suchej komosy ryżowej
  • 1 puszka czerwonej fasoli (250g)
  • pół niedużej cebuli (czerwona będzie świetnie pasować)
  • 50g sera feta
  • 1 duża papryka
  • sok z połowy cytryny
  • pieprz
Przygotowanie:

Komosę przepłukać na sicie wrzącą wodą, przełożyć do garnka, zalać podwójną ilością zimnej wody i gotować pod przykryciem do momentu, gdy komosa wchłonie całą wodę.
W międzyczasie na sicie przepłukać wyjętą z puszki fasolę, pokroić cebulę w piórka, a paprykę i fetę w kostkę.
Gdy komosa wchłonie wodę, wszystkie składniki wymieszać, skropić cytryną i doprawić pieprzem.

Smacznego!

Puchate placuszki śniadaniowe



Szukałam na nie lepszej nazwy, uwierzcie mi. Ale żaden przymiotnik nie opisze tych małych placuszków lepiej niż "puchate"!

Podobnie jak bananowe placki są zrobione z mąki kokosowej. Jednak różnica w przygotowaniu jest zasadnicza, a to głównie za sprawą o wiele łatwiejszego procesu smażenia. Jeśli mieliście problem ze zgarnianiem bananowych placków z patelni, robiąc je z tego przepisu możecie być spokojni.

Co do smaku i struktury, są one nieco inne niż w bananowych plackach. Te placuszki są bardzo delikatne i lekkie, z jednej strony zupełnie białe, więc trochę przypominają chmurki ;) I pasują do śniegowej aury, która (podobno) w Polsce już zapanowała na dobre.

Do przygotowania placuszków potrzebne będą tylko białka jajek. Jeśli nie lubicie wyrzucać żółtek, zawsze można z nich zrobić maseczkę na twarz. Albo zamrozić i przygotować z nich kiedyś ciasto na specjalną okazję ;) W przepisie jest też mus z banana, dyni lub jabłka - można po prostu rozgnieść banana widelcem (bardzo dokładnie, do uzyskania jednolitej konsystencji!) lub dodać puree z dyni albo dostępny w wielu sklepach gotowy mus jabłkowy lub z innych owoców. Co do cukru, musi być to cukier granulowany, a zatem odpadają miody i inne płynne słody, za to sprawdzą się ksylitol, cukier kokosowy czy też erytrytol (nie mylić ze słodzikami, słodzików unikamy :) ). Wymienione kawałki czekolady są opcjonalne - używajmy zwykłej posiekanej nożem gorzkiej czekolady lub gotowych "chocolate chips" z gorzkiej czekolady.

Puchate placuszki śniadaniowe
Porcje: 2
273 kcal
BWT 19/43/9
Czas przygotowania: 20 minut

Składniki:
  • 6 łyżek mąki kokosowej
  • 2 łyżki cukru (ksylitolu, kokosowego, u mnie erytrytolu)
  • 2 szczypty soli
  • 2 szczypty proszku do pieczenia
  • 6 białek jaj
  • 2 łyżki musu z banana, dyni, jabłka (ważne, by był dobrze rozbity)
  • szklanka mleka
  • pół łyżki ekstraktu waniliowego (opcjonalne)
  • 2 łyżki kawałków czekolady (opcjonalne)
  • pół łyżeczki oleju kokosowego/oliwy
Przygotowanie:

Do miski przesiać przez sitko mąkę, cukier, sól i proszek do pieczenia.

W oddzielnej misce lekko ubić białka jaj i ekstraktem waniliowym, dodać do suchych składników razem z musem i delikatnie mieszać, dodając szklankę mleka łyżka po łyżce do osiągnięcia jednolitej masy. Delikatnie wmieszać kawałki czekolady.

Na patelni na średnim ogniu rozpuścić olej, nadmiar wytrzeć ręcznikiem papierowym.

Wyłożyć na patelnię masę na 4-5 placków naraz (im mniejsze, tym łatwiej je zdjąć z patelni), nakryć patelnię pokrywką i tak smażyć półtorej minuty z każdej strony. Powtórzyć z resztą masy.

Inspiracja.

Smacznego!



Budyń jaglany o smaku pomarańczowo-waniliowym


Budyń jaglany obiegł blogosferę już dawno temu, ale ten przepis urzekł mnie najbardziej. Jest prosty, smaczny, słodki przez daktyle, wymaga zaledwie kilku składników, a jego pomarańczowo-waniliowy smak na długo pozostaje w pamięci.

Do jego wykonania potrzebny jest blender ze stopą miksującą (czyli tzw. żyrafy) - próbowałam kiedyś użyć miksera i nie zakończyło się to zbyt dobrze...

Na śniadanie, na podwieczorek, jako przekąska do pracy... posmakuje wszystkim, zapewniam!

Budyń jaglany o smaku pomarańczowo-waniliowym
Porcje: 2
307 kcal
BWT 10/59/4
Czas przygotowania: 25 minut

Składniki:[Listonic]
- 1 szklanka mleka roślinnego lub krowiego
- 1 szklanka wody
- 100g kaszy jaglanej
- 6 daktyli
- pół łyżeczki ekstraktu waniliowego
- sok z połowy pomarańczy + plasterki do dekoracji

Przygotowanie:
Mleko i wodę wymieszać w garnku i podgrzewać. Kaszę przepłukać na sitku pod bardzo gorącą wodą, wsypać do mleka i wody. Gotować, co chwilę mieszając. W międzyczasie wyjąć pestki z daktyli. Gdy kasza wchłonie większość mleka, dodać daktyle i gotować jeszcze kilka minut. Zdjąć z ognia, dodać ekstrakt waniliowy, sok z połowy pomarańczy i zblendować na gładką masę. Udekorować pomarańczą. Można polać odrobiną miodu, posypać orzechami lub innymi ulubionymi dodatkami.

Smacznego!

Jesienna jaglanka śliwkowo-orzechowa


Dziś rano zamiast gór i pagórków, które zazwyczaj mam przyjemność oglądać z okna, nie zobaczyłam absolutnie niczego oprócz gęstej mgły. Listopad rozkręcił się na dobre... co przypomina mi o tym, że czas najwyższy nastawić piernik świąteczny! Tak, do Świąt Bożego Narodzenia zostało niecałe 7 tygodni. Niektórzy rozpoczęli już rytualne słuchanie Mariah Carey...

Pozostaje tylko pogodzić się z panującą jesienią i wytoczyć odpowiednie środki do walki z chłodem i kiepską aurą. A uwierzcie mi, niewiele rzeczy działa w tym zakresie tak dobrze, jak porządne śniadanie!

Koniec mrożonych śniadanio-deserów, koktajli i innych letnich zabaw, pora na gorącą, treściwą jaglankę. 

Jesienna jaglanka śliwkowo-orzechowa
Porcje: 1
300 kcal
BWT 10/53/7
Czas przygotowania: 15 minut

Składniki:[Listonic]
- 2 płaskie łyżki kaszy jaglanej
- 2 płaskie łyżki płatków owsianych
- 2 śliwki
- pół szklanki mleka
- pół szklanki wody
- 1 orzech brazylijski
- pół łyżki miodu

Przygotowanie:
Kaszę i płatki wsypać do mleka i wody. Gotować, co chwilę mieszając. W międzyczasie pokroić śliwki i rozdrobnić orzecha. Gdy kasza będzie miękka, przełożyć jaglankę do miski. Wyłożyć śliwki, posypać kawałkami orzecha i polać miodem.

Smacznego!

Razem czy osobno? O wspólnych ćwiczeniach


Ćwicząc w domu nie ma niczego gorszego od monotonii. Podstawa to zaopatrzenie się w wiele programów treningowych - swoich własnych, nagranych na płytach lub wrzuconych przez trenerów z całego świata na YouTube... jest z czego wybierać! W moim katalogu "artykuły do napisania" cierpliwie czeka punkt o tym, jak i z kim najlepiej mi się ćwiczyło na różnym poziomie zaawansowania, ale dziś nie o tym. Do sedna - jedną z alternatyw są ćwiczenia z najpopularniejszą trenerką w Polsce, do której mam niesamowity szacunek i sentyment. Chyba wszyscy wiemy, o kogo chodzi... 


"Koniecznie zaproś swojego partnera do wspólnego treningu!" - woła niejednokrotnie Ewa Chodakowska ze swojej maty. Ja, leżąc po drugiej stronie ekranu, jeszcze będąc singielką wielokrotnie wzdychałam: "Tak, Ewcia, świetny pomysł, tylko co, jeśli się go nie ma?!"...


Od jakiegoś czasu mam to niesamowite szczęście, że zrealizowanie polecenia Ewy w ogóle jest możliwe. Druga Hantla jest równie aktywna jak ja. Po miesięcznej przerwie od treningów, która nam obojgu zdarzyła się podczas tegorocznych wakacji (mojej najdłuższej przerwie od jakichś 3 lat!), postanowiliśmy intensywnie wrócić do ćwiczeń. Ba, planowaliśmy to przez większość urlopu! Gdy rzeczywistość, a raczej ceny karnetów krótkookresowych na siłownię na obczyźnie, zweryfikowała nasze plany intensywnych treningów na siłowni, postanowiliśmy wspólnie ćwiczyć w domu.


Oczywiście, na początku pojawiły się pewne obawy. Co, jeśli jedno z nas nie podoła, a drugie uzna dany program za zbyt słaby? Co, jeśli nie będziemy mogli zgrać godziny treningu? Okazało się, że obie kwestie nie stanowiły problemu, a wspólne treningi zamieniły się w przyjemność i chwilę, na którą czeka się przez cały dzień. To chwila dla nas samych i dla nas obojga jednocześnie. Wybieramy takie treningi, które rozliczane są na czasie, a nie powtórzeniach, oraz takie, które pokazują wersje zmodyfikowane trudnych ćwiczeń, dzięki temu każdy pracuje w swoim tempie i na swoim poziomie.

Kiedyś pisałam o tym, jak ćwiczy się w domu i jakie są tego dobre i złe strony. Ćwiczenia we dwoje sprawiają, że razem dąży się do celu. Żalimy się sobie nawzajem, poprawiamy wystające kolana i niewystarczająco niskie przysiady, psioczymy na wymysły trenerów (wysiłek fizyczny chyba wzmaga kreatywność pod tym względem), a na koniec przybijamy magiczne high five




I żeby było jasne, nie ma w tym nic przesadnie słodkiego. Zdecydowanie nie należymy do jednych z "fit-freakowych" par, na których widok człowiek ma ochotę wyrzygać się tęczą. 

Ze wspólnych treningów płynie jeszcze jedna, zasadnicza korzyść - wzajemna motywacja. Zawsze któremuś z nas chce się ćwiczyć mniej - wtedy jedno bierze drugie za przysłowiowe chabety, ciągnie na matę, włącza trening, a skoro już się zaczęło... to i się skończy ;) I zdecydowanie ciężej jest zrezygnować z treningu, gdy wiemy, że druga osoba na nas czeka.


Oczywiście zdarza się, że nie pasuje nam ćwiczyć o tej samej porze. Ale teraz samotne treningi nie są już tak fajne jak kiedyś. W minionym tygodniu zdarzyło się, że ja gotowałam, a Druga Hantla w tym czasie ćwiczyła i uwierzcie mi - o mało co nie przyłączyłam się do niego.

Ćwicząc samemu oczywiście można się sobie pożalić na głos "ale mnie tyłek pali!", ale o wiele fajniej jest wtedy, gdy zamiast ciszy i dziwnego wrażenia gadania do samego siebie usłyszymy "daj spokój, jutro rano chyba nie podniosę się z łóżka!".

Czy są trudne chwile? Owszem, tak. Nie wiem jak Wy, moje drogie Panie, ale mi zajęło dość sporo czasu samo przyzwyczajenie się do tego, jak mężczyźni głośno wydychają powietrze podczas ćwiczeń. "HUU, HUU!" - tego nie doświadczymy na żadnych babskich fitnessach. Każde ćwiczenia oznaczają również konieczność przeniesienia stołu, by zyskać dodatkową przestrzeń - w końcu trzeba dbać o bezpieczeństwo i komfort; nikt nie lubi przypadkowo obrywać od drugiej osoby. A to się już zdarzyło, i to podczas imitowania bokserskich ciosów.


Jestem w stanie zrozumieć, że taki scenariusz jest nie do zrealizowania w wielu przypadkach, a prawdopodobieństwo spotkania się z reakcją z mema po prawej graniczy z pewnością. Jeśli jednak istnieje cień szansy, że może się udać, nie wahajcie się. Gra jest warta świeczki! Jeśli partner się z Was śmieje lub leni na kanapie, gdy Wy wylewacie siódme poty na macie, "rzucajcie wyzwanie", jak to słusznie mówi wspomniana wcześniej Ewa. Gdy ogląda się nagrane ćwiczenia, często ma się wrażenie, że nie są wymagające - inaczej, gdy się je samemu wykonuje. Ci, którzy kiedykolwiek widzieli zestaw "Sukces" wiedzą, co mam na myśli. Niby się leży, macha nóżką... 


... a potem słyszysz nagle komentarz "ty, zaraz mi się odbyt rozerwie! Ja nie mogę robić takich ćwiczeń, to na pewno przez jądra!"
Ze śmiechu nie mogłam dokończyć zestawu ;) 

To nie jądra, drodzy Panowie... to moc ćwiczeń z wykorzystaniem ciężaru ciała! A wspomniany zestaw należy teraz do ulubionych ćwiczeń Drugiej Hantli.

To niemal jak randka, tylko aktywna. Pot łączy ludzi lepiej, niż binge-watching niejednego serialu, mówię Wam!

(Chyba, że to Sherlock. Wtedy zawsze wybierzcie Sherlocka!)

7 przydatnych produktów, które zawsze trzymam w zamrażarce

Podobno najchętniej czytamy te artykuły, które zaczynają się od liczby. Dzisiaj wpiszę się w tę tendencję i opowiem o kilku produktach, które trzymam w zamrażarce. Dzięki temu są zawsze na wyciągnięcie ręki, co przyspiesza i ubarwia przygotowanie zdrowych posiłków. Zachęcam serdecznie do ich wypróbowania :)


1. Dobry chleb

Dobry, czyli pełnoziarnisty, żytni (a na pewno nie biały). Nie jemy zbyt wiele chleba - stawiamy na kasze i inne złożone węglowodany. Ale czasem danie aż się prosi o miękki, pachnący chlebek z kruchą skórką. Zamiast kupować bochenki i wyrzucać je w połowie zjedzone i zczerstwiałe, od razu po kupnie kroję chleb w kromki i mrożę. Kilka minut w piekarniku i mamy cudowny chlebek, który wraca dokładnie do stanu sprzed mrożenia :)


2. Banany

Banana obieram ze skóry, kroję w plasterki i zamrażam w woreczku. W ten sposób zawsze mogę szybko zrobić tzw. lody, takie, jak w tym przepisie. Dodatek mrożonych bananów każdemu koktajlowi nada odpowiedniej tekstury i puszystości.
W sezonie mrożę też inne owoce - truskawki, jagody etc. Korzystam również z gotowych mieszanek mrożonych owoców dostępnych w sklepach.


3. Skórki jabłka

Gdy przyrządzam coś z jabłek i przepis wymaga ich obrania, zbieram obierki i mrożę w woreczku. Dodaję je, podobnie jak banany, do koktajli. To świetny patent, by nie marnować wartości odżywczych zawartych w skórce i nie wyrzucać jedzenia.


4. Warzywa



To w sumie nic szczególnego, bo tzw. "mrożonki" są wykorzystywane przez większość z Nas każdego dnia. Jednak to, co jest w tym przypadku istotne, to skład warzyw. Weźmy za przykład szpinak - akurat dziś go kupowałam, ale zanim wybrałam odpowiednią paczkę, natknęłam się na mnóstwo wersji - krojony drobno z creme fraiche (sosie śmietanowym), z dodatkiem fety czy sosu beszamelowego. Chyba nie muszę tłumaczyć, że tych szalonych wersji należy się wystrzegać - nie dość, że mają w sobie więcej chemii i niepożądanych dodatków, ale i mogą zrujnować nasze danie (chyba nikt nie chciałby spróbować ciasta szpinakowego na słodko z sosem beszamelowym, sam szpinak w cieście dostarcza wystarczająco dużo kontrowersji ;)


5. Puree z dyni


Tak jak podkreślałam przy przepisie na dyniową owsiankę, dynia musi być! Mus z dyni idealnie nadaje się do zrobienia błyskawicznej dyniowej zupy, ciasta, koktajlu lub, no właśnie - owsianki.  
Aby zrobić taki mus, wystarczy obrać (chyba, że to hokkaido), umyć i pokroić dynię, piec przez godzinę w 180 stopniach, ostudzić i zmiksować.


6. Porcjowane mięso

Po wizycie u rzeźnika mięso dzielę na porcje po 400g - to dla nas idealnie porcja dla 2 osób na 1 dzień - i mrożę. Rano, gdy wiem, że będę gotować mięso, wyjmuję je do lodówki lub na blat kuchni, gdzie spokojnie odmarza. I już nie muszę się martwić ani o to, czy mam za dużo, czy za mało mięska, ani o to, czy aby nie za długo przeleżało w lodówce i nie nadaje się już do spożycia.


7. Posiekane zioła: natka pietruszki / bazylia / kolendra

Co jakiś czas kupuję na targu zioła, siekam je i przechowuję w woreczkach. Po wyjęciu od razu można dodać je do zup, sosów i innych postaci dań.
Jeśli najczęściej używamy ziół do robienia zup, najlepszym sposobem jest wykorzystanie foremek do lodu, tj. wypełnienie ich danymi ziołami, zalanie wodą lub bardzo gęstym bulionem i zamrożenie. Wtedy otrzymamy domowej roboty "kostki rosołowe".


Mrożenie przyczynia się nie tylko do większej oszczędności jedzenia i zapobieganiu wyrzucaniu go, ale i pomaga trzymać się ścieżki zdrowego jedzenia. I tego nam wszystkim życzę :)

Bananowe placuszki



Banan + jajko = placek. Proste równanie, nie? No cóż, okazało się, że nie do końca.

Kiedyś próbowałam zrobić placki bananowe, które na amerykańskich stronach o zdrowym żywieniu robiły w owym czasie furorę i rajd przez wszystkie możliwe portale typu Pinterest. Nie tylko mi nie wyszły - one nawet nie były okrągłe, bo ściągając je z patelni traciły kształt. Poza tym, natychmiast robiły się czarne. Bardziej niż placki przypominały spaloną bananową jajecznicę... Pamiętam, że tego dnia musiałam na śniadanie zadowolić się jogurtem i kawałkiem pomidora, bo to jedyne, co akurat miałam w kuchni i mogłam wziąć na wynos, bo na zrobienie normalnego śniadania nie miałam już czasu.

Nic zatem dziwnego, że od tamtej pory do placków bananowych podchodzę bardzo ostrożnie. Okazuje się, że banan i jajko to nie wszystko - żeby całość trzymała się przysłowiowej "kupy", trzeba jeszcze kilka magicznych dodatków i szczyptę wiedzy na temat przygotowania tych małych placuszków.

Podstawą jest nieprzywierająca patelnia, średni ogień, odrobina oleju kokosowego (lub oliwy, choć olej kokosowy smakowo pasuje lepiej) i łopatka, którą łatwo przewrócić placki na drugą stronę - czyli taka, która nie ma grubego zakończenia (moja poczciwa z Ikei daje radę na medal).


Placki robią się bardzo szybko. Po wylaniu masy na patelnię wystarczy chwila, by na powierzchni pojawiły się bąbelki - takie, jak na zdjęciu obok. To niezawodny znak tego, że czas przewrócić je na drugą stronę. To wymaga delikatności, bo placek nie jest jeszcze zupełnie sztywny. Wystarczy podłożyć łopatkę do 1/3 placka i wtedy ostrożnie podnieść - reszta powinna odkleić się od patelni. A potem dokonać aktu odwagi i przewrócić na drugą stronę. Może przy pierwszym się nie uda, ale przy drugim już na pewno :)

To propozycja typowo białkowo-tłuszczowa, bardzo lekka i smaczna. Spodoba się miłośnikom słodkich śniadań czy podwieczorków i delikatnych smaków.


Bananowe placuszki
Porcje: 2
251 kcal
BWT 12/32/9
Czas przygotowania: 15 minut

Składniki:[Listonic]
- 3 jajka
- 2 banany (im bardziej miękkie, tym lepiej)
- 2 łyżki mąki kokosowej (można użyć zmielonych wiórek)
- 1/4 łyżeczki cynamonu
- opcjonalnie: pół łyżeczki ekstraktu waniliowego

Przygotowanie:
Wszystkie składniki dobrze zmiksować w blenderze. Rozgrzać patelnię z odrobiną oleju kokosowego, rozetrzeć ręcznikiem papierowym po całej patelni (i nie poparzyć się przy tym). Nakładać po łyżce masy i lekko rozsmarowywać, nadając okrągły kształt. Smażyć minutę lub do momentu pojawienia się bąbelków, ostrożnie odseparować przyklejoną masę od powierzchni patelni, podważyć łopatką i ostrożnie przewrócić na drugą stronę, smażyć ok. pół minuty. Powtórzyć z resztą masy.

Podawać z cynamonem lub odrobiną miodu.


Inspiracją jest przepis z nowej książki Ani Lewandowskiej. Wyjściowy przepis zmodyfikowałam o dodatkowe jajko i łyżkę mąki kokosowej, które sprawiają, że placki lepiej trzymają kształt (są tak samo smaczne, a i "makro" się zgadza ;) ).

Smacznego!

Szybki placek dyniowy


Znacie to uczucie, gdy potrzebujecie czegoś słodkiego i to szybko?
Najlepiej jakieś ciasto?
Ale najlepiej w wersji odchudzonej?
I najlepiej z dynią?

No dobra - mogę być osamotniona, jeżeli chodzi o ostatnie dwa punkty. Ale jeśli chodzi o pierwsze dwa, to jestem pewna, że każdy z nas co jakiś czas tak ma. Na przykład dziś, gdy po wczorajszej sowitej kolacji i intensywnym wieczorze na mieście nastał tzw. "kac dzień" i gdy trzeba było zmierzyć się z brutalną rzeczywistością, zaistniała potrzeba czegoś na pokrzepienie ducha i ciała. O ile jestem przeciwniczką karmienia uczuć ("o, jest mi smutno, zjem wszystko"), to nie da się zaprzeczyć, że jedzenie poprawia humor i można, ba, trzeba wykorzystywać to w odpowiedni sposób. Jednym z takich sposobów są zdrowe wypieki.

Ze względu na konsystencję i wysokość nie nazwałabym tego wypieku ciastem, a plackiem. W dodatku bardzo szybkim, bo piecze się zaledwie kwadrans, a przygotowanie polega na wymieszaniu wszystkich składników. Piekłam go w małej silikonowej keksówce - można zwiększyć powierzchnię formy i ilość składników dwukrotnie lub trzykrotnie, szczególnie, gdy chcemy nim poczęstować większą liczbę osób. Jedna porcja wystarcza na dwie osoby i świetnie sprawdzi się jako podwieczorek lub pokaźne drugie śniadanie w towarzystwie kawusi...

Placek jest bez jajek, bez glutenu i bez cukru. Jest za to dużo smaku i aromatu, a szczególnie ciepłej, lepkiej i słodkiej dyni.

A jeśli powyższy opis nadal nie przekonał Was do tego, by zawsze mieć zapas dyniowego musu "na czarną godzinę", to może skusi Was rekomendacja mojej drugiej Hantli, który po pierwszym kęsie głośno i dobitnie wyraził swój zachwyt. Nie powiem dokładnie jakimi słowami, bo się na mnie obrazi.
;)

Sałatka z burakiem i awokado


Nigdy nie lubiłam buraka. Smakował jak ziemia, a jedyna forma, w której byłam gotowa go przyjąć, to barszcz na Wigilię. Gdy nosiłam aparat na zęby, byłam bardzo zadowolona z posiadania alibi - burak jest niedozwolony, bo barwi gumki (czerwone wino niestety też). Z racji posiadanych właściwości antyrakowych bardzo często przygotowuje się w moim rodzinnym domu sok buraczany, którego spożycie jest dla mnie porównywalne do konsumpcji soku z ziemi. Czasem udawało się mojej mamie przemycić mi go, ale odkąd wyprowadziłam się z domu, to z burakiem mam do czynienia naprawdę rzadko i tylko wtedy, kiedy muszę.

Ale z biegiem czasu w głowie pojawiają się przebłyski zdrowego rozsądku i doszłam do wniosku, że burak w diecie musi być! A przynajmniej co jakiś czas... W sklepie odkryłam gotowe, ugotowane buraki i pozbywszy się wymówki, że buraczki trzeba ugotować, postanowiłam znaleźć sposób, by to nieszczęsne warzywo przemycić do jadłospisu. 

Łosoś w sosie teryiaki z bazyliową kaszą jaglaną


Jem za mało ryb. Wszyscy jemy za mało ryb... tak to już się złożyło, że w Rzeczypospolitej Schabowej łaskawszym okiem patrzymy na mięso. Czas to zmienić!

O tym, jak fajną rybą jest łosoś, nie będę pisać, bo można niechcący zaplątać się w wici dyskusji dotyczących rodzajów tej ryby, połowów i innych budzących kontrowersje tematów. Najważniejsze jest to, że (jakiego typu by nie była) jest zdecydowanie bardziej wartościowa, niż kurczak lub świnka, a dobrze przyrządzona... niebo w gębie. Podstawą tego "dobrego przyrządzenia" jest marynata, która nawiązuje do sosu teryiaki. Nie lubimy marynat, bo mają to do siebie, że trzeba o nich wcześniej pomyśleć, zrobić, oporządzić mięso... jednak dzięki nim mięsa, ryby, warzywa czy tofu uzyskują o niebo lepszy smak. Można więc zająć się taką marynatą przy okazji, robiąc kolację lub śniadanie.

Łosoś wylądował na powyższym talerzu w towarzystwie kaszy jaglanej. Wielokrotnie spotkałam się z opinią, że ta kasza jest gorzka lub nie ma smaku w zupełności. Nie zgadzam się! Dobrze przygotowana kasza nie jest gorzka i ma odpowiednią (sypką lub lepką w zależności od potrzeb) konsystencję. Rozwiązaniem w tym przypadku jest bazylia, która nie dość, że podkręca smak, to jeszcze wpływa na poprawę wizualnych aspektów dania ;) Dodatki do bazowych składników to clue dania, który decyduje o tym, czy coś jest jadalne, czy bardziej przypomina paszę dla koni. Przy dietetycznych przepisach pozbawionych mąk, maseł oraz innych cukrów i tłuszczy trzeba szczególnie dbać o te dodatki. Muszę chyba poświęcić temu zagadnieniu oddzielny wpis. :) To samo dotyczy multitaskingu w kuchni. Nie można przecież robić jednej rzeczy, a potem zaczynać drugiej, bo trzeba byłoby spędzić w kuchni cały dzień, a efektywność by nas nie zachwyciła. Dlatego w przepisie dość mocno miesza się proces przygotowania kaszy i pieczenia łososia. Dzięki temu będzie szybko, efektywnie i efektownie :)


Grani z pomarańczą i wanilią


Kiedy jest tak gorąco, że na dworze można z powodzeniem smażyć jajka sadzone na kamieniach, a każdy powiew wiatru jest na wagę złota, ciepłe śniadania przestają mieć rację bytu. Dla takich właśnie chwil stworzone jest to śniadanie. Orzeźwiające i lekkie, z pomarańczą i wanilią, a do tego bardzo łatwe i szybkie w przygotowaniu.

Godzina 6:18, a o 7 trening... :)
Grani sprawdził się wielokrotnie, gdy musiałam wstać wcześnie rano, a szczególnie, gdy pierwszym punktem w planie dnia był trening. Robiłam wtedy grani wieczorem poprzedniego dnia, a rano wystarczyło tylko wyciągnąć gotowe danie z lodówki. Nie ma po nim uczucia ciężkości w brzuchu albo przejedzenia.

Wcześniejsze przygotowanie ma też inną zaletę - przez noc nieco tężeje i "przegryza się". To dobra wskazówka dla tych, którzy rano się spieszą i zależy im na czasie. W sumie, to można je od razu przygotować w pudełku na wynos i zjeść rano w pracy!



Babeczki owsiane z masłem orzechowym i jabłkami



Wypieki śniadaniowe - o tak! Nie ma to jak potrawa z piekarnika na śniadanie. A już szczególnie, gdy są to babeczki, które kojarzą się z czymś absolutnie nieśniadaniowym i niedietetycznym. Babeczki, które zrobiłam dzisiaj, są w stu procentach "legalne", a ich bazą jest mąka owsiana, czyli zmielone w elektrycznym młynku do kawy płatki owsiane. Słodycz zapewniają erytrytol (można zastąpić innym słodem w odpowiedniej dawce) i jabłka.

Problem jest jeden - kto ma na to czas? Cóż, w zasadzie... każdy. Przecież nikt nie każe nam serwować ich na świeżo, prawda? Ale prosto z piekarnika smakują najlepiej... Jak to pogodzić?

Babeczki najlepiej zrobić w dzień, kiedy rano nam się nie spieszy, na przykład w sobotę lub niedzielę. Te, które zostaną po śniadaniu, wkładamy do szczelnego pojemnika wyłożonego podwójną warstwą ręcznika papierowego oraz nakryte taką samą warstwą z góry i przechowujemy w temperaturze pokojowej (nie w lodówce, bo będą gumowe!) przez 2-3 dni. Przed spożyciem wkładamy je do piekarnika na kilka minut. Można także owinąć je w plastikową folię do żywności i przechowywać w zamrażarce - dzięki temu mamy gotowe śniadanie "na czarną godzinę". Takie zmrożone babeczki najlepiej wyjąć poprzedniego dnia wieczorem, żeby zdążyły się rozmrozić do rana, lub dokonać tego w inny sposób, na przykład w mikrofali (nie wiem, jak się to sprawdzi, ponieważ jej nie używam).

Są wspaniałe na śniadanie (3 sztuki) lub jako szybka przekąska w trakcie dnia (1 sztuka). Z łatwością można wpakować je do torebki i zjeść później.

Gotowi, do startu, piec!


Definicja zdrowego rozsądku, czyli zdrowie potrzebne jak sukces

"Te ćwiczenia i zdrowe jedzenie to fajne są, bardzo fajne, ale trzeba zachować zdrowy rozsądek! Więc zjedz tego schabowego, a na deser są bezy... to idziemy jutro na piwo lub siedem? Poćwiczysz pojutrze!"

Ile razy ja to słyszałam, a w ilu wersjach!

Zdrowy rozsądek to ciężki termin. Na to hasło reaguję tak samo, jak na artykuły wychwalające zdrowotne właściwości czekolady. Oczywiście, że ma magnez i wspomaga metabolizm, ale niech nikt nie oczekuje, że po zjedzeniu całej tabliczki zacznie chudnąć! Działa tu mechanizm "daj kurze grzędę". Jedna osoba zje kawałek gorzkiej czekolady dobrej jakości i będzie cieszyć się jej smakiem i wspomnianymi korzyściami, a druga rzuci się na czekoladowe ciastka, uznając artykuł za rozgrzeszenie. Tak samo jest ze zdrowym rozsądkiem w kontekście aktywnego stylu życia.

Dla jednej osoby zachowanie zdrowego rozsądku będzie oznaczać zdrowe odżywianie na co dzień, regularną aktywność fizyczną i jedno wyjście w tygodniu na dobre jedzenie i drinka, a dla innego codzienne wieczorne piwko i żarcie średniej jakości łapane w pośpiechu okraszone jakimś treningiem lub dwoma w tygodniu, na którym rzekomo "wszystko to się spala". Inny będzie głodował przez cały dzień po to, by wieczorem obżerać się bez pamięci, a o treningu przypomni sobie rano, zrobi 15 minut zestawu "na brzuch" i uzna sprawę za załatwioną. A dla mojej babci (i nie tylko mojej) zdrowy rozsądek to 3-daniowy obiad zakończony ciastem (zresztą, rozpoczęty również ciastem). Dla każdego te słowa będą brzmieć nieco inaczej. 

Pieczone jabłka z nadzieniem twarogowym



Chociaż pieczone jabłka kojarzą się bardziej z okresem jesiennym, niż połową czerwca, to są one tak dobre, że pokusiłam się o nie właśnie teraz. To bardzo fajny, prosty i zdrowy deser bez grama tłuszczu, który może posłużyć zarówno jako drugie śniadanie, jak i zdrowy deser dla niezapowiedzianych gości. Posmakuje i małym, i dużym łasuchom :)


Jaglanka bananowa z masłem orzechowym



Dałam Wam odpocząć jeden wpis od śniadań, ale na tym koniec! Wracam z nie byle czym, bo ze słodką bombą o smaku banana i masła orzechowego. Kto nigdy nie próbował tego połączenia, ten odkryje nowe horyzonty kulinarne.

Nie jest to lekkie śniadanie, a wręcz należy do gatunku tych, po których głód nam nie grozi przez długi czas. Fajne przez porannym treningiem lub innymi wyzwaniami, które wymagają wzmożonego wysiłku zarówno fizycznego, jak i umysłowego.

Chociaż masło orzechowe jest bardzo wartościowym składnikiem, to jednak jest mocno kaloryczne i bogate w tłuszcze - dobre, ale jednak tłuszcze. Dlatego zamiast oryginalnego produktu do jaglanki dodałam PB2 (więcej informacji tutaj). Z powodzeniem można je oczywiście zastąpić łyżką zwykłego masła. Przy okazji dodam, że masło masłu nierówne - patrzmy na to, co reprezentuje sobą produkt, który bierzemy z półki sklepowej. Omijamy szerokim łukiem wersje light i kombinacje z kawałkami orzechów lub innymi dodatkami.

"Wisienką na torcie" są orzechy brazylijskie - mój ulubiony rodzaj. Są bogate w selen, który wcale nie tak łatwo znaleźć w innych produktach w takiej ilości (1 orzech wystarczy, by pokryć dzienne zapotrzebowanie), kwasy omega-6, witaminy z grupy B, kompletne białko i wiele innych składników mineralnych - suplement diety w wersji naturalnej.

Koktajl z mango i banana



Na fejsbuku obiecałam, że kolejny przepis nie będzie śniadaniem. Więc jest drugie śniadanie. :)

Zmiksowane mango kojarzy się z popularnym w kuchni indyjskiej (i hipsterskich kawiarniach) napojem mango lassi. Jest to połączenie jogurtu lub mleka, słodzika w postaci cukru czy miodu, dodatków takich jak cynamon lub kardamon i zmiksowanego mango.

Koktajle są trochę jak zupy - można wykorzystać to, co akurat ma się w kuchni. U mnie były to mocno dojrzałe mango, które nie wytrzymałoby ani jednego dnia dłużej, końcówka opakowania borówek oraz pół banana o mocno brązowej skórce.

Proste i smaczne, bardzo orzeźwiające, sycące i letnie!

Zapiekana owsianka truskawkowo-kokosowa



Nigdy nie miałam problemu z jedzeniem śniadań. Powiem więcej - nigdy nie mogłam zrozumieć, jak w ogóle można się nad czymś takim zastanawiać. Po przebudzeniu jestem głodna jak wilk, a zamiast dylematu "jeść czy nie jeść" pojawia się raczej pytanie "na słodko czy na słono?"

Odkąd zaczęłam więcej gotować, a szczególnie odkąd zaczęłam wybierać zdrowsze alternatywy dań, kilka przepisów zdobyło moje serce w sposób szczególny - a co ciekawe, przeważająca większość z nich dotyczy właśnie pory śniadaniowej. Powody są różne. Czasami jest to nowy, interesujący smak, kiedy indziej łatwość przygotowania, dostępność składników lub ich niewielka ilość. Jednak z czasem odkryłam, że chodzi o coś, co łączy wszystkie te czynniki. Kojarzycie, gdy kupując coś w sklepie szukacie produktu, gdzie wskaźnik jakość/cena jest jak najwyższy? Podobnie dzieje się u mnie z przepisami - szukam wskaźnika smak/czas.

(Chyba muszę opatentować ten wskaźnik. All rights reserved i te sprawy.)

Bo co z tego, że śniadanie będzie tak dobre, że z powodzeniem można by je serwować angielskiej królowej na śniadanie, skoro jego przygotowanie będzie trwało godzinę? Sorry, rano mamy wiele innych rzeczy do roboty, niż tylko gotowanie. Poniższy przepis może nie należy (tak jak poprzedni) do grupy "włóż-zmiksuj-jedz", ale niedużym wysiłkiem, a na pewno porównywalnym z tym, który wkładamy w robienie zwykłego śniadania, otrzymamy absolutną rewelację - wierzcie mi.

Gdy pierwszy raz zabrałam się za zapiekaną owsiankę, jej przygotowanie zajęło mi (od wejścia do kuchni do momentu zjedzenia) równo 30 minut. Tylko że w międzyczasie zdążyłam się umyć, ubrać, umalować, spakować i sprawdzić fejsa, a potem w zajadałam się pyszną owocową, przypominającą kruszonkę zapiekanką.

Jak? A tak!


Truskawkowe smoothie w misce


Od dawna chciałam użyć Newelli - białka kurzego. Konsystencją przypomina mozzarellę, a smakiem - ugotowane białko. Odpowiednia ilość białka w diecie, a raczej jego niedobór, to najważniejsze i najtrudniejsze dla mnie zagadnienie. Upatrywałam więc w Newelli kolejnego produktu, który mi w tym pomoże. Tak też się stało - zmiksowane białko jest niemal niewyczuwalne, nadaje przyjemnej, gęstej konsystencji i zapewnia odpowiednią podaż białka. Można ją zastąpić miarką odżywki białkowej lub bananem (choć to nie zapewni odpowiedniej konsystencji).

Jak dla mnie eksperyment można uznać za jak najbardziej udany. To świetne danie śniadaniowe na upalne poranki, gdy nie mamy ochoty na nic ciężkiego lub ciepłego. Koktajl jest orzeźwiający i pełny owoców i dodatków, które dodatkowo go urozmaicają. Jeśli natkniecie się na Newellę (w angielskiej sieci hipermarketów jest na dziale z jogurtami), nie wahajcie się po niego sięgnąć.

Miksujemy? :)


Bez karnetu na siłowni - da się?

Trochę się ostatnio najeździłam. W ciągu ostatnich czterech tygodni to siódmy dzień, w tym piąty pod rząd, gdy jestem w domu. Wiedząc z wyprzedzeniem, że tak będzie wyglądał maj, nie przedłużałam karnetu na siłownię. Kolega, z którym spotkałam się na krótko przed wyjazdem na kawę i plotki, zapytał żartobliwie: - "I co teraz, koniec ćwiczeń?"

Oczywiście, że nie koniec. Ba, to dopiero początek.

- "Ja bym nie miała motywacji, żeby ćwiczyć sama w domu" - stwierdziła kiedyś moja współlokatorka obserwując mnie, gdy wylewałam siódme poty szalejąc w pokoju z obciążnikami na kostkach i ośmiokilowym kettlem w rękach. Prawda, w domu jest zawsze coś do zrobienia, czasem domownicy przeszkadzają, nie ma miejsca żeby rozłożyć matę... Czasem sam fakt wyrwania się z domu sprawia, że mamy ochotę poćwiczyć. Do tego zawsze znajdzie się nowe ćwiczenie, które podpatrzymy u kogoś innego, albo ciekawe zajęcia, na których jeszcze nie byliśmy. Nawet Zumbę da się ćwiczyć w domu, ściągnęłam nawet kiedyś całą płytę z choreografiami, ale powiedzmy sobie szczerze - brzmi to jak jakaś smutna podróbka i nijak ma się do energii, którą czerpie się z tych zajęć na żywo.

Dlatego pewnie za miesiąc znudzi mi się samotne machanie kettlem i wrócę na siłownię. Słowem-kluczem zdaje się być w tym wypadku "urozmaicenie" - nie ma nic gorszego niż nudne, demotywujące ćwiczenia. Pomijając aspekt nudy spowodowanej przez ciągłe powtarzanie tych samych ćwiczeń, raz na jakiś czas należy modyfikować rodzaj aktywności z bardzo prostej przyczyny - ciało przyzwyczaja się do określonego wysiłku, a nasza praca przestaje przynosić efekty. A tego nie chcemy.