Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lunch. Pokaż wszystkie posty

Lunchbox: Kasza jaglana z jajkiem, awokado i warzywami


Jajko i awokado tworzą wspaniały duet. Szczególnie, jeśli są doprawione świeżo zmielonym pieprzem, a żółtko jest płynne... Mniam! Ten pełen zdrowych tłuszczy omega-3 i omega-6 mariaż spożywczy był zalążkiem dania, które widzicie powyżej. Dzięki kaszy jaglanej i warzywom tworzą bardzo prostą i smaczną propozycję obiadową.

Posiłek jest bardzo sycący, zapewni brak uczucia głodu do końca pracy lub zajęć. Spodoba się tym, którzy lubią proste i zdrowe rozwiązania - a kto takich nie lubi?! Na dodatek jest kolorowy i bardzo apetyczny. W końcu jest awokado, które zapewnia obie te cechy :)  

To jak, działamy? 

PS. Z dużym prawdopodobieństwem jest to ostatni przepis, jaki wstawiam. 
Z Francji, ma się rozumieć. Od soboty znowu rezyduję nad Wisłą!

Lunchbox: Kasza jaglana z jajkiem, awokado i warzywami

Porcje: 2
466 kcal
BWT 17/60/19
Czas przygotowania: 20 minut

Składniki:

  • 120g suchej kaszy jaglanej
  • 2 jaja
  • 1 awokado
  • 1 papryka
  • 2 pomidory
  • 2 łyżki jogurtu
  • sól, pieprz

Przygotowanie:

Kaszę jaglaną przesypać na sitko i sparzyć wrzątkiem. Zalać podwójną ilością wody w stosunku do objętości kaszy, zamieszać, przykryć pokrywką i gotować na średnim ogniu ok. 10-15 minut, dopóki woda całkowicie się nie wchłonie. W międzyczasie usmażyć na patelni 2 jaja, awokado pokroić w paski, a paprykę i pomidory pokroić w kostkę. Gdy kasza się ugotuje, wymieszać ją z awokado (można zostawić kilka plasterków do dekoracji), papryką, pomidorami, jogurtem, solą i pieprzem, a na górę wyłożyć jajka.

Smacznego!

Izraelska szakszuka z fasolą

Gdy byłam mała, w moim rodzinnym domu na obiad prawie nigdy nie robiło się makaronu, ponieważ Tata nie jest jego fanem. Jedyna okazja, by zjeść pastę, zdarzała się więc na obiadach w domach koleżanek i kolegów. Ludzie, którzy lubią pasty, dzielą się na dwie grupy: tych, którzy wolą przewagę sosu nad makaronem i tych, którzy właściwie mogliby jeść sam makaron (serdeczne pozdrowienia dla Madzi :) ). Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy. Jeśli Wy też, to szakszuka może być Waszym odkryciem sezonu.

To zabawnie brzmiące z nazwy danie wywodzi się z kuchni arabskiej i w dosłownym tłumaczeniu oznacza wielki bałagan. Tak też wygląda - konia z rzędem temu, kto potrafi tej mamałydze zrobić przyzwoite zdjęcie (wieczorem). Tak jak szarlotka przybiera w Europie formę apfelstrudel czy apple pie różniąc się sposobem przygotowania w zależności od kraju, tak samo szakszuka ma inne tradycyjne dodatki w różnych krajach. Moja wersja jest najbliższa izraelskiej, w której absolutnie nie może zabraknąć jajek. Smażą się pod przykryciem tylko 2,5 minuty, więc po wyjęciu ich białko jest ścięte, a żółtko płynne - zupełnie jak w jajkach po benedyktyńsku. Mniam!

Gdyby jajka po benedyktyńsku miałyby założyć spółkę z sosem do spaghetti bolognese, nazwałyby ją Izraelska Szakszuka Sp. z o.o. Z fasolą będzie to dobre danie obiadowe, bez fasoli świetnie sprawdza się jako porządne śniadanie w mroźne poranki, ale i jako ciekawa alternatywa na kolację. Wypróbujcie sami :)


Izraelska szakszuka

Porcje: 2
411 kcal
BWT 27/55/12
Czas przygotowania: 15 minut

Składniki:

  • 1 ząbek czosnku
  • 1 mała cebula
  • 1 puszka pomidorów
  • 200g fasoli z puszki (u mnie biała)
  • 4 jaja
  • 1 łyżka posiekanej bazylii
  • pół łyżeczki oregano
  • pieprz

Przygotowanie:

Cebulę drobno posiekać i zeszklić na patelni, odsunąć na bok. Podsmażyć posiekany czosnek przez pół minuty, dodać pomidory z puszki, podzielić je na mniejsze kawałki łopatką do mieszania. Dodać fasolę i wymieszać. Smażyć na patelni na sporym ogniu ok. 5 minut bez mieszania. Po tym czasie zrobić w pomidorowej masie "dziury" na jajka, wbić je, przykryć patelnię i smażyć 2,5 minuty do momentu ścięcia się białek. Zdjąć patelnię z ognia, posypać bazylią, doprawić oregano i pieprzem. Podawać od razu (najlepiej w głębokich talerzach). 

Smacznego!

Frittata z łososiem, szpinakiem i serem gruyere































  

"Będę o 19, zrobisz coś dobrego i czystego na ciepło?"

Jest prośba, jest wystrzałowe danie na ciepło!

Frittata to inaczej wytrawny pieczony omlet. Robi się trochę dłużej niż klasycznego omleta z patelni, ale za to ma, oprócz tajemniczej nazwy, bardziej elegancki charakter i delikatniejszy smak. Do frittaty można wrzucić wiele składników - to jedno z dań do "czyszczenia lodówki". Bardzo dobrze smakuje z papryką, cebulą i pomidorami, ale tym razem zdecydowałam się na znane i lubiane połączenie łososia ze szpinakiem. "Wisienką na torcie" jest ser gruyere - to moje ostatnie dni emigracji we Francji, więc trzeba korzystać z dostępu do dobrych serów na każdym rogu :)

Jest to propozycja typowo białkowo-tłuszczowa (tylko 4g węglowodanów w porcji) i dość uniwersalna, jeśli chodzi o posiłek, bo może służyć za porządne śniadanie, całkiem solidny obiad lub zasłużoną kolację po ciężkim dniu.

P.S. Kolejny raz przepraszam za jakość zdjęcia - było robione kalkulatorem, późnym wieczorem, w najgorszym możliwym świetle... może Święty Mikołaj poratuje mnie nowym telefonem i zarazem lepszym aparatem? :)

Frittata z łososiem, szpinakiem i serem gruyere

Porcje: 2
388 kcal
BWT 36/4/25
Czas przygotowania: 20 minut

Składniki:

  • 100g szpinaku
  • 4 jaja
  • 2 łyżki mleka
  • 1 łyżka posiekanej bazylii
  • 100g pokrojonego w małe kawałki łososia (użyłam wędzonego)
  • 1 ząbek czosnku
  • 60g sera gruyere (można użyć innego sera żółtego, który dobrze się zapieka, fety, koziego czy mozzarelli)
  • garść roszponki
  • 1 pomidor

Przygotowanie:

Piekarnik ustawiamy na 180 stopni. Szpinak podsmażamy na suchej patelni, aż zwiędnie (mrożony tak samo), W międzyczasie jajka i mleko roztrzepujemy w misce, dodajemy do smaku sól i pieprz. Dodajemy bazylię, kawałki łososia i szpinak. Na patelni po szpinaku przez chwilkę podsmażamy przeciśnięty przez prasę czosnek i dodajemy do masy. Ser ścieramy na najmniejszych oczkach tarki. Dodajemy dwie trzecie startego sera do masy, mieszamy i wylewamy do formy (używam silikonowej keksówki, wtedy nic nie przywiera). Pieczemy 15 minut lub dłużej - do momentu, gdy masa będzie widocznie ścięta (nie będzie żadnej wody na wierzchu). Po tym czasie posypujemy wierzch tarty pozostałym serem i pieczemy kolejne 5 minut, aż ser ładnie się przypiecze. Podajemy z roszponką i ósemkami pomidora.

Inspiracja.

Smacznego!

Kotleciki z ciecierzycy


Nigdy nie zapomnę, gdy pierwszy raz spróbowałam falafeli. W tamtym czasie nie były jeszcze popularne w Polsce, a przynajmniej nie w takiej skali, jak obecnie. Zamówiłam to, co polecił przewodnik, ba, nawet do końca nie wiedziałam, co zamawiam. Był to mój pierwszy posiłek w Izraelu, a zarazem pierwszy kontakt z tamtejszą kuchnią. I chociaż jedliśmy w małym, zdecydowanie niewysublimowanym przydrożnym barze, to muszę przyznać, że to chyba nadal były najlepsze falafele, jakie kiedykolwiek jadłam.

Od tamtej pory minęło parę ładnych lat, a ciecierzycowe kulki można dostać w niemal każdym miejscu - od podrzędnego kebaba do topowej restauracji. Nic dziwnego - łączą w sobie dwa popularne nurty żywieniowe: bezmięsne odżywianie i fast food. Po prostu fast food dla wegan.

A gdzie w tym wszystkim zdrowe odżywianie? Cóż, nie ma. Falafele są smażone na głębokim tłuszczu, co znacznie podwyższa ich wartość kaloryczną. W związku z tym od razu zaznaczam - kotlety w moim przepisie to nie falafele, ponieważ są nie smażone, a pieczone. 

Zapewne znalazłoby się kilka opinii, że pieczenie w piekarniku powoduje suchość kotletów. Owszem, falafele są zdecydowanie bardziej tłuste, przez co są wilgotne i są lepszym nośnikiem smaku, ale za to moje kotlety nadrabiają lekkością, a jeśli zestawimy je z odpowiednimi dodatkami takimi jak sos czosnkowy i chleb naan, to nawet się nie zorientujemy, że zaszła jakakolwiek zmiana - a jeśli już, to na lepsze! Zdrowe wybory to nierzadko sztuka kompromisów. To trochę tak, jak porównywanie tłustych muffinów z ich owsianą wersją - jest na pewno inaczej, ale zdrowiej. I nadal smacznie - tu żadnych kompromisów nie ma!

Z przykrością stwierdzam, że chlebek naan ze zdjęcia nie jest mojego autorstwa. Jeśli macie chwilę, żeby zrobić takie chlebki, polecam ten przepis Nigelli Lawson, z którego wielokrotnie korzystałam. Pamiętam, jak zrobiłam je na Wielkanoc i nie zdążyły dotrzeć na stół - co do jednego zostały pochłonięte przez dzieciaki, które grasowały w kuchni ;)

Falafele chodziły za mną już od wielu dni, a ta wersja ciecierzycowych kotletów na pewno zaspokaja potrzebę. I o to chodzi!


Kotlety z ciecierzycy z chlebkiem naan
Porcje: 4
298 kcal
BWT 14/51/5
Czas przygotowania: 10 minut + 30 minut pieczenia

Składniki:

Kotlety:
  • szklanka suchej ciecierzycy (NIE można użyć ciecierzycy z puszki!)
  • 1 cebula pokrojona w kostkę
  • 5 łyżek posiekanej kolendry
  • 5 łyżek posiekanej natki pietruszki
  • 3 posiekane ząbki czosnku
  • pół łkmin indyjski
  • 1/4 łyżeczki suszonej kolendry
  • sól, pieprz
Dodatki:
  • 4 chlebki naan po 30g (lub sięgnij po ten przepis Nigelli Lawson)
  • liście sałaty
  • 125g jogurtu
  • ogórek
  • dodatkowy ząbek czosnku do sosu
Przygotowanie:

Ciecierzycę zalewamy dużą ilością wody i odstawiamy na minimum 8 godzin (może być więcej). Najlepiej zalać ją wieczorem, by zrobić kotlety następnego dnia. Można też zrobić to tego samego dnia z samego rana.

Rozgrzać piekarnik do 180 stopni. Ciecierzycę odsączyć z wody. Wszystkie składniki zblendować (użyłam miksera-żyrafy) na gładką masę, ulepić małe płaskie kotleciki (z powyższego przepisu ulepiłam 16 kotletów, po 4 na porcję). Piec przez 30 minut, w połowie czasu przekręcając kotlety na druga stronę.

Sos czosnkowy: wymieszać jogurt, wyciśnięty przez praskę czosnek, sól i pieprz.

Podawać z sosem, chlebkiem naan lub innym podpieczonym pełnoziarnistym chlebem, pokrojonymi w słupki ogórkami i sałatą.

Inspiracja.
Smacznego!



Komosa ryżowa z czerwoną fasolą i fetą



Quinoa brzmi co najmniej jak wyspa na Pacyfiku albo dawno wymarły ród Majów. Jakiś czas temu zauważyłam, że w sprawach kulinarnych (oprócz kręgów vegan-paleo-glutenfree-lowcarb-niewiemcojeszcze) dziwna nazwa bardziej odpycha niż przyciąga, w związku z czym zostałam zwolenniczką upraszczania sobie życia. Swojsko brzmiąca komosa już nie jest taka straszna :)

Komosa ryżowa w połączeniu z warzywami idealnie nadaje się do wzięcia na wynos - nie ma rzadkiego sosu, więc nic nam nie wycieknie, a do tego im bardziej będziemy trząść torebką lub plecakiem, tym lepiej się przemiesza ;) Danie robi się tak długo, jak gotuje się komosa, czyli około 20 minut. W międzyczasie wystarczy przepłukać fasolę i pokroić resztę warzyw oraz fetę, a na koniec całość wymieszać i skropić cytryną. Szybka, sycąca, lekko orzechowa w smaku i do tego bardzo zdrowa propozycja w sam raz na lunch.

Komosa ryżowa z czerwoną fasolą i fetą
Porcje: 2
366 kcal
BWT 18/57/8
Czas przygotowania: 20 minut

Składniki:
  • 50g suchej komosy ryżowej
  • 1 puszka czerwonej fasoli (250g)
  • pół niedużej cebuli (czerwona będzie świetnie pasować)
  • 50g sera feta
  • 1 duża papryka
  • sok z połowy cytryny
  • pieprz
Przygotowanie:

Komosę przepłukać na sicie wrzącą wodą, przełożyć do garnka, zalać podwójną ilością zimnej wody i gotować pod przykryciem do momentu, gdy komosa wchłonie całą wodę.
W międzyczasie na sicie przepłukać wyjętą z puszki fasolę, pokroić cebulę w piórka, a paprykę i fetę w kostkę.
Gdy komosa wchłonie wodę, wszystkie składniki wymieszać, skropić cytryną i doprawić pieprzem.

Smacznego!

Sałatka z burakiem i awokado


Nigdy nie lubiłam buraka. Smakował jak ziemia, a jedyna forma, w której byłam gotowa go przyjąć, to barszcz na Wigilię. Gdy nosiłam aparat na zęby, byłam bardzo zadowolona z posiadania alibi - burak jest niedozwolony, bo barwi gumki (czerwone wino niestety też). Z racji posiadanych właściwości antyrakowych bardzo często przygotowuje się w moim rodzinnym domu sok buraczany, którego spożycie jest dla mnie porównywalne do konsumpcji soku z ziemi. Czasem udawało się mojej mamie przemycić mi go, ale odkąd wyprowadziłam się z domu, to z burakiem mam do czynienia naprawdę rzadko i tylko wtedy, kiedy muszę.

Ale z biegiem czasu w głowie pojawiają się przebłyski zdrowego rozsądku i doszłam do wniosku, że burak w diecie musi być! A przynajmniej co jakiś czas... W sklepie odkryłam gotowe, ugotowane buraki i pozbywszy się wymówki, że buraczki trzeba ugotować, postanowiłam znaleźć sposób, by to nieszczęsne warzywo przemycić do jadłospisu. 

Łosoś w sosie teryiaki z bazyliową kaszą jaglaną


Jem za mało ryb. Wszyscy jemy za mało ryb... tak to już się złożyło, że w Rzeczypospolitej Schabowej łaskawszym okiem patrzymy na mięso. Czas to zmienić!

O tym, jak fajną rybą jest łosoś, nie będę pisać, bo można niechcący zaplątać się w wici dyskusji dotyczących rodzajów tej ryby, połowów i innych budzących kontrowersje tematów. Najważniejsze jest to, że (jakiego typu by nie była) jest zdecydowanie bardziej wartościowa, niż kurczak lub świnka, a dobrze przyrządzona... niebo w gębie. Podstawą tego "dobrego przyrządzenia" jest marynata, która nawiązuje do sosu teryiaki. Nie lubimy marynat, bo mają to do siebie, że trzeba o nich wcześniej pomyśleć, zrobić, oporządzić mięso... jednak dzięki nim mięsa, ryby, warzywa czy tofu uzyskują o niebo lepszy smak. Można więc zająć się taką marynatą przy okazji, robiąc kolację lub śniadanie.

Łosoś wylądował na powyższym talerzu w towarzystwie kaszy jaglanej. Wielokrotnie spotkałam się z opinią, że ta kasza jest gorzka lub nie ma smaku w zupełności. Nie zgadzam się! Dobrze przygotowana kasza nie jest gorzka i ma odpowiednią (sypką lub lepką w zależności od potrzeb) konsystencję. Rozwiązaniem w tym przypadku jest bazylia, która nie dość, że podkręca smak, to jeszcze wpływa na poprawę wizualnych aspektów dania ;) Dodatki do bazowych składników to clue dania, który decyduje o tym, czy coś jest jadalne, czy bardziej przypomina paszę dla koni. Przy dietetycznych przepisach pozbawionych mąk, maseł oraz innych cukrów i tłuszczy trzeba szczególnie dbać o te dodatki. Muszę chyba poświęcić temu zagadnieniu oddzielny wpis. :) To samo dotyczy multitaskingu w kuchni. Nie można przecież robić jednej rzeczy, a potem zaczynać drugiej, bo trzeba byłoby spędzić w kuchni cały dzień, a efektywność by nas nie zachwyciła. Dlatego w przepisie dość mocno miesza się proces przygotowania kaszy i pieczenia łososia. Dzięki temu będzie szybko, efektywnie i efektownie :)


Sałata z łososiem, rzodkiewką i trójkątami z wrapa (cztery oblicza owsianego naleśnika cz.4)




Piątek trzynastego, dzień dobry!
Ten dzień, paradoksalnie, jest dla mnie zawsze bardzo szczęśliwy. Tym razem również się tak zapowiada - pracowicie, ale wesoło! :)

Nie ma nic, co trzyma człowieka pracującego przy życiu bardziej, niż perspektywa pysznego obiadku. Czy tylko ja tak mam? Tak czy siak, nie mogę spokojnie pracować, jeśli nie mam przygotowanego jedzenia, które wciągnę ze smakiem o odpowiedniej porze. Takie to już życie zdrowo odżywiających się ludzi - każdy fit freak zrozumie!

Środek maja, stragany ze świeżymi warzywami kuszą jak nigdy - czas to wykorzystać, w końcu ten piękny okres w roku nie będzie trwał wiecznie. Oszczędność czasu jest jednakże bardzo mile widziana (w końcu pracujemy, tak?), dlatego dziś tematem jest szybciutka sałatka lunchowa z łososiem.

Jak już wcześniej pisałam, naleśniki owsiane bardzo ładnie przechowują się w lodówce (ok. 3 dni). Jednak tego ostatniego dnia nie proponuję nikomu zawijać w nie kurczaka czy twaróg, za to lepiej wrzucić je na chwilę na grillową patelnię i pokroić na trójkąty. Takie "chlebki" będą stanowiły wspaniałe uzupełnienie obiadowego dania.

Więcej przepisów z wykorzystaniem owsianych naleśników znajdziecie w poprzednich wpisach: tutajtutaj oraz tutaj.

Wrap z kurczakiem i mozzarellą (cztery oblicza owsianego naleśnika cz.2)




Oto druga odsłona owsianego naleśnika, tym razem na słono - z rozpływającą się mozzarellą, kurczakiem i świeżymi warzywami.

Nie ma w tym daniu nic odkrywczego oprócz tego, że naleśnik nie pochodzi ze sklepu, nie pachnie plastikiem i jest z mąki owsianej. Aha, no i oprócz tego, że ma idealne makro ;) Poza tym, wrap praktycznie robi się sam. Tę propozycję obiadową można też potraktować  jako "danie na winie", czyli włożyć do środka to, co się nawinie albo akurat zalega nam w kuchni.

Jeśli łapie Was ochota na junk food, to zdecydowanie jest to coś, co może uratować Was od wycieczki do szerokopojętego kejefsi lub innego kebaba oraz Waszą dietę od zrujnowania.

Wrapa można z łatwością zapakować i wziąć ze sobą wychodząc z domu - smakuje dobrze zarówno na ciepło, jak i na zimno.

Jeśli już stoi się te solidne 20 minut nad patelnią i smaży wspomniane naleśniki, to fajnie by było wykorzystać je nie tylko do śniadania. Z jednej porcji otrzymujemy 5 naleśników, jeden wędruje do śniadania, więc zostają nam cztery, z których w kilka chwil wyczarujemy obiad dla dwojga na dwa dni. Przepis podany jest dla jednej porcji, pamiętajcie o tym, robiąc zakupy.


Zielony makaron z sosem pomidorowym


Konwersacja z przyjaciółką przez FB.
Ja: Dobra, przerwa w pisaniu magisterki, muszę zjeść obiad.
K: Smacznego, co jesz?
(wysyłam zdjęcie)
K: Łee, jakieś rozbebłane!

Faktycznie, moja porcja była niemiłosiernie rozbebłana i zdjęcie wyszło wybitnie niekorzystne. Postanowiłam obronić honor mojego wczorajszego dania i zrobić je ponownie, z naciskiem na jego prezencję. 

Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę już nie mogę doczekać się wiosny. Samopoczucie daje mi się ostatnio tak we znaki, że każdy, nawet najmniejszy promyk słońca uznaję za błogosławieństwo. Przedwczoraj natknęłam się na zalegający na półce zielony makaron i skleciłam z niego pyszne spaghetti. Już zapomniałam, że używanie go w kuchni należy do wybitnych przyjemności, ponieważ gotuje się zaledwie 3 minuty. W dodatku zawiera 4 razy więcej białka i 60% mniej węglowodanów niż jego tradycyjny odpowiednik, co czyni go świetnym dla tych, którzy szukają źródła białka niemięsnego pochodzenia. Czyli dla mnie w ciągu ostatniego tygodnia.

I gwarantuję - spaghetti z nim w roli głównej, nawet rozbebłane, smakuje fantastycznie!

Hiszpańska tortilla



Podróże kształcą - jest w tym stwierdzeniu ogrom prawdy i chyba każdy się z tym zgodzi. Odkąd zaczęłam interesować się gotowaniem, pojawił się w podróżach aspekt gastronomiczny. Odkrywanie kraju przez pryzmat kulinariów może okazać się bardzo ciekawym (a jakim przyjemnym!) sposobem na poznawanie innych kultur i zwyczajów.

Nie trzeba nikogo przekonywać, że hiszpańska kuchnia jest bogata i różnorodna, absolutnie niesamowita. Bliskość morza z trzech stron powoduje częste występowanie ryb i owoców morza, a jednak kuchni tej towarzyszy prostota znana nam z włoskich czy greckich potraw. Śródziemnomorski charakter dań jednoznacznie kojarzy się z wakacjami i odpoczynkiem.

Ostatnia wizyta w Hiszpanii sprawiła, że zakochałam się w hiszpańskiej tortilli (poprzednia sprawiła, że zakochałam się w moim chłopaku, ale to już zupełnie inna historia). Niby tak banalna sprawa - placek z ziemniakami i cebulką plus ewentualne dodatki, a jednak absolutna rewelacja. Podkreślam, że jest to hiszpańska tortilla, której absolutnie nie należy mylić ze spopularyzowanym u nas plackiem tortilla, inaczej zwanym też wrapem, czyli mącznym plackiem, którym owijamy mięso, warzywa i inne specjały. Inaczej, to nie twister z KFC. Więcej o tym tutaj.

Przez ostatnie dni bardzo zatęskniłam za tym uroczym plackiem, w związku z czym podjęłam się próby odtłuszczenia, odwęglenia i nabiałkowania* tradycyjnego przepisu. Okazało się to być zadaniem w gruncie rzeczy prostym, a wszystko za pomocą redukcji oliwy, na której smażona jest tortilla, zrezygnowania z tłustych dodatków oraz dodania ugotowanego białka jaja.

Muszę przyznać - dawno nie byłam tak pozytywnie zaskoczona smakiem potrawy z własnego przepisu. Ani wyglądem, ani smakiem nie odbiega od oryginału!

Tortilla jest po prostu genialna

Jest tak genialna, że jeszcze raz podliczyłam wszystkie składniki, bo musiałam się upewnić, że połowa przepisu faktycznie ma tylko 360 kalorii i tak idealny rozkład makro. I faktycznie tyle ma.

A zatem, bez wyrzutów sumienia zapraszam Was do Hiszpanii!**

* Proszę mi wybaczyć to słowotwórstwo :D
** Nie ostatni raz, ponieważ w następnym tygodniu podzielę się z Wami kolejnym przepisem obiadowym inspirowanym hiszpańską kuchnią!

Grillowany indyk z kaszą gryczaną i warzywami


Mięso z grilla kojarzy mi się z majem. Czujecie to cudowne, już letnie powietrze, pierwsze gorące promienie słońca i błogi relaks?

Cóż, ja dzisiaj ich nie poczułam - i nie ma się co dziwić, w końcu jest środek stycznia. Na dworze jest -10 stopni i mamy przepiękną, wręcz bajkową zimę. Jako urodzony w sierpniu typowy Lew jestem wielbicielką ciepłych temperatur, a śnieg lubię tylko ten "pierwszy w roku" oraz pod snowboardem szusując w dół stoku. Postanowiłam zadziałać wbrew pogodzie i przypomnieć sobie majowe klimaty - a oto one. I dowód, że grill smakuje przez okrągły rok.

Będąc aktualnie na redukcji mam do wyboru określone składniki w bardzo określonej ilości. Od kilku tygodni bawię się różnymi wariantami podobnych składników (ileż można jeść kurczaka z ryżem?!) Inspiracją do powstania tego przepisu był przepis Asi z Kwestii Smaku. Nie zliczę, ile już przepisów zrobiłam z jej cudownej strony. W ciastach trzymam się proporcji ze snajperską precyzją, ponieważ jest to klucz do sukcesu, ale w przypadku innych dań często zmieniam je - w stylu W&H.

Indyk zrobiony, lunchboxy gotowe - obiad na 3 dni mam z głowy!